poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 22

Witam Was serdecznie po dość długiej przerwie. Sama nie wiem czemu tak długo to trwało, ogólnie jestem beznadziejna przy scenach pewnego typu (mam na myśli parę ostatnich wersów tego rozdziału) i to mnie bardzo spowolniło. Chciałam to jakoś super opisać, ale się poddałam, bo inaczej nigdy nie doczekałybyście się tego rozdziału :)
Co do kolejnych rozdziałów to jestem dość podekscytowana, bo zaczyna się druga, moim zdaniem o wiele ciekawsza część opowiadania. Podczas kombinowania jak to wszystko powinno wyglądać, podzieliłam je na pierwszą część do przerwy świątecznej i drugą, która będzie kończyła się zakończeniem roku szkolnego. Mniej więcej porozdzielałam co powinno się znaleźć w kadej z nich. Pierwsza to taka trochę zapoznawcza, robiąca tło i ogólnego doprowadzenia bohaterów do momentu, w którym się wszyscy znaleźli. Jejku, przepraszam, że tak Was zanudzam....
Kończąc chcę się pochwalić, że stuknęło mi prawie 23 tysiące wyświetleń, a pod rozdziałami dostaję coraz więcej wspaniałych komentarzy.  Bardzo Wam za to dziękuję i gdyby nie wy, nie byłoby mnie tutaj!
Zapraszam do czytania rozdziału :)


Miałam nadzieję, że przerwa świąteczna będzie idealnym momentem do odpoczynku od jakichkolwiek obowiązków, ale zapomniałam wziąć pod uwagę, że w słowniku mojej mamy nie ma takiego słowa jak odpoczynek.
Tak więc dni upływały mi na pomaganiu mamie w kuchni i towarzyszeniu tacie przy robieniu nieskończonej ilości zakupów, na które mama wysyłała nas praktycznie codziennie. Brak wolnego czasu miał też swoje dobre strony. Nie miałam czasu rozmyślać o żadnym z chłopaków, aż do Wigilii.
Wigilijny poranek był na tyle mroźny, że czuło się zimno pomimo szczelnych okien i ciągłego palenia w kominku. Leżałam w łóżku szczelnie opatulona kołdra, gdy do pokoju wsunęła się moja mama prosząc mnie o pomoc w pakowaniu prezentów dla dziadków i reszty rodziny. Niechętnie podniosłam się z łóżka i podeszłam do nierozpakowanego jeszcze kufra w celu znalezienia najcieplejszego swetra i jakiś wełnianych skarpetek. W trakcie wyrzucania z kufra połowy jego zawartości, w moje ręce dosłownie wpadło małe pudełeczko. Palcami podważyłam wieczko, które z łatwością otworzyło się na kilka milimetrów.
No tak, dzisiaj była gwiazdka, więc prezent od Jamesa był gotów zdradzić swoją tajemnicę i pokazać zawartość. Przez chwilę przyglądałam się pudełeczku zastanawiając się co w nim jest i co to oznacza. Jeszcze raz obróciłam opakowanie w dłoni i odchyliłam wieczko. W środku leżała ta sama srebrna bransoletka, którą pokazałam mu w Hogsmeade podczas szukania prezentu dla jego mamy. Delikatnie wyjęłam ją z opakowania oglądając z każdej strony. Do bransoletki przyczepiona była zawieszka, przedstawiająca wilka w pozycji siedzącej i uniesionym do góry pyszczku. Wyglądał jakby wył do księżyca. Przejechałam po nim dłonią podziwiając to z jaką dokładnością szczegółów został wykonany. W pudełeczku była jeszcze zawinięta karteczka. Odwinęłam ją i odczytałam zapisane na niej słowa:

"Chcę tylko żebyś wiedziała, że żałuję, że musiało minąć tak wiele czasu, nim uświadomiłem sobie parę rzeczy. Musisz jednak wiedzieć, że zrobię wszystko, aby naprawić to, co spieprzyłem.''

 Nie jestem pewna jak długo siedziałam wpatrując się w karteczkę, ale zapisane na niej słowa mogłabym wyrecytować przez sen. Z otępienia wyrwało mnie wołanie mamy. Z niemalże czcią  założyłam bransoletkę i tanecznym krokiem zeszłam do salonu.
Mama siedziała na dywanie próbując owinąć jakieś drewniane pudełeczko ozdobnym papierem w bałwanki. Miała tak skupioną i poważną minę jakby to, czy równo zawinie papier decydowało o czyimś życiu. Wybuchłam śmiechem na to skojarzenie i usiadłam obok mamy.
-Dobrze widzieć Cię w lepszym humorze.- uśmiechnęła się odkładając pudełko na bok.
-Ja zawsze mam dobry humor.- wyszczerzyłam się w uśmiechu i z łatwością zawiązałam dużą kokardę na kolejnym podarunku.
-Od kiedy wróciłaś do domu cały czas chodziłaś smutna. Martwiłam się o Ciebie, ale twój ojciec zabronił mi Cię męczyć. Powiedział, że jak będziesz gotowa do rozmowy lub będziesz potrzebować pomocy to...
-I tata miał rację.- przerwałam jej.- Przynajmniej po części, jak coś się będzie działo to na pewno dowiesz się o tym pierwsza, a teraz uwierz, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc możemy wziąć się za pakowanie tej setki prezentów....-uśmiechnęłam się do niej i przeniosłam wzrok na stos przeróżnych mugolskich rzeczy.-Planujesz obdarować każdego mieszkańca wioski?- zaśmiałam się i chwyciłam zestaw kosmetyków, który według karteczki miała dostać moja kuzynka Beth.
Pakowanie prezentów trwało cały poranek, a mama po raz kolejny opowiedziała mi historię jak tata po raz pierwszy zaprosił ją na randkę. Ich pierwsze spotkanie odbyły się w święta, więc mama co roku o tej porze wraca do niego w wspomnieniach. Po raz setny wysłuchałam o jeżdżeniu na mugolskich łyżwach, bolesnym upadku mojego taty i szczęśliwym zakończeniu wieczoru pod jemiołą przy jednej z wielu kawiarenek. Na chwilę zamilkłyśmy, a każda z nas pogrążyła się w swoich myślach.
-A to co?- zapytała po chwili dostrzegając bransoletkę.
-Prezent.- mruknęłam czując, że moje policzki robią się czerwone.
-Wilk jak twój patronus...- zauważyła, a ja twierdząco kiwnęłam głową.-Od kogo?
-Od Jamesa...- westchnęłam czekając na tysiące pytań, którymi powinna mnie teraz zalać. Moja mama postąpiła jednak inaczej niż bym ją o to podejrzewała. Pocałowała mnie w czoło śmiejąc się, że podejrzewała, że chodzi o jakiegoś chłopca. Zapewniła mnie jeszcze kilka razy, że dawno nie widziała tak ładnej bransoletki i nucąc jakąś świąteczną piosenkę o miłości oddaliła się do kuchni.

                                                                                  *     

Święta od zawsze były dość stresującym czasem dla mnie i mojego taty, a najbardziej stresująca była Wigilia spędzana z moimi dziadkami i siostrami mamy wraz z ich całymi rodzinami.
 Kodeks Tajności Czarodziejów posiada parę ustaw o czarodziejach pochodzących z mugolskich rodzin. Zgodnie z nimi, gdy taka osoba kończy jedenaście lat ktoś zjawia się w jej domu i wyjawia takiej osobie i jej najbliższym prawdę o magii. Cały proces musi być przeprowadzony w ściśle określony sposób, a grono mugoli, które dowiaduje się o istnieniu magii musi być jak najmniejsze. W przypadku mojej mamy zostali powiadomieni jedynie jej rodzice i dwie siostry, Anna i Veronica. Jednak nikt inny nie mógł się o tym dowiedzieć, więc po latach, gdy moje ciocie założyły własne rodziny nie mogły wyjawić prawdy o naszych zdolnościach. Tak więc większość rodziny od strony mamy uważa nas za skończonych dziwaków. Od strony mojego licznego kuzynostwa zawsze mogę liczyć na jakąś kąśliwą uwagę i krzywe spojrzenie. Najwięcej złośliwych pytań jest o moją owianą tajemnicą szkołę, z której przyjeżdżam jedynie na wakacje i na święta. Z ich uwag wynika, że  podejrzewają, że uczęszczam do jakiegoś zakładu zamkniętego.
Mój tata nie miał łatwiej. Wujek John był komentatorem sportowym i zawsze próbował wciągnąć go do rozmów o sporcie. Przez to mój tata mniej więcej miesiąc przed świętami musi studiować wszystkie mugolskie gazety sportowe. Natomiast mój drugi wujek Frank pracuję w dużej korporacji, a do jego ulubionych tematów należy polityka i nowinki elektroniczne. W tych tematach mój drogi ojczulek jest tak do tyłu, że dosłownie staje na głowie, aby usiąść jak najdalej od wujka przy stole.
Wiedziałam, że w tym roku Wigilia nie będzie różniła się od poprzednich, więc z posępną miną siedziałam w korytarzu czekając, aż moi rodzice będą gotowi do wyjścia. Na dodatek musieliśmy skorzystać z mugolskiego środka transportu czego nienawidziłam. Nie ufałam samochodom i zawsze miałam wrażenie, że rozbijemy się na jakimś drzewie.
-Jak humor księżniczko?- zapytał tata siadając obok mnie.
-Świetnie, nie mogę się już doczekać komentarzy bliźniaczek o tym czy czuję się już lepiej i kiedy będę mogła zacząć naukę w normalnej szkole...- ironizowałam ze sztucznym uśmiechem.
-A wiesz, że na ostatnich mistrzostwach w piłce nożnej Anglia zremisowała z Polską po spektakularnej bramce Piotra....-zaciął się na chwilę-znowu zapomniałem nazwiska.- mruknął i wziął gazetę, która leżała na stoliku obok. Kartkował ją przez moment w ciszy, a potem odłożył na bok powtarzając kilka razy dziwnie brzmiące nazwisko. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, a on tylko się roześmiał i przytulił mnie do siebie.
-Dlaczego musimy rozgrywać tę szopkę?- mruknęłam wyswobadzając się z uścisku.-Moglibyśmy choć raz zostać w domu...
-Pamiętaj, że nie robimy tego dla siebie. To bardzo ważne dla Twojej mamy i cała ta szopka- zaśmiał się wskazując na gazetę- jest dla niej.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale do korytarza wpadła uśmiechnięta mama oznajmiając, że jest już gotowa. Załadowaliśmy stertę prezentów do wypożyczonego samochodu i ruszyliśmy w drogę.

                                                                       *     

-I pamiętaj, że robimy to dla mamy.- szepnął mi tata, gdy szliśmy przez podwórko dziadków. Drzwi otworzyła uśmiechnięta babcia w fartuszku w szkocką kratę. Wycałowała nas wszystkich dwa razy i zaprosiła do salonu mówiąc, że już prawie wszystko gotowe. Chciałam jej pomóc w kuchni, aby opóźnić spotkanie z resztą rodziny, ale nawet nie chciała o tym słyszeć. Stwierdziła, że jestem bardzo uprzejma, ale nie chce mnie wykorzystywać i lepiej abym poszła porozmawiać z kuzynostwem, za którym pewnie się już bardzo stęskniłam. Nie miałam serca oznajmiać jej jak bardzo się myli, więc powlokłam się za rodzicami do salonu.
Obie ciocie wraz z mężami siedziały przy stole zaciekle o czymś rozmawiając. W pośpiechu rozejrzałam się za moimi kuzynami, ale na szczęście nie było ich w pobliżu. Cała czwórka podniosła się ze ze swoich miejsc i ruszyła nas powitać.
-Natalie jak ty wyrosłaś!- powtarzały moje ciotki całując mnie w obydwa policzki. Ciocia Ana wspomniała nawet, że powinnam ich w końcu odwiedzić i że Olivia z Beth też podzielają jej zdanie. Uśmiechnęłam się tylko nie chcąc ciągnąć tej dyskusji. Wujek Frank zdążył zaatakować już biednego tatę swoim ulubionym tematem, czyli polityką. Zapytał co uważa o ostatnich wyborach i czy jego zdaniem sondaże ulegną zmianie po ostatnim wystąpieniu ministra finansów.
Miałam ochotę podejść do niego i jakoś go z tego wyciągnąć, ale ciocia Veronica kazała mi pójść do drugiego pokoju, gdzie siedzieli moi kuzyni. Chciałam się z tego wykręcić, ale ciocia zaprowadziła mnie pod same drzwi. Wzięłam dwa głębokie oddechy i weszłam do pomieszczenia, a wzrok Olivi, Beth, Artura, Toma i Ellie spoczął na mnie.
-Cześć wszystkim...-powiedziałam przerywając głuchą ciszę.
Cała piątka wyrwała się z otępienia i podeszła się ze mną przywitać. Bliźniaczki, Olivia i Beth z udawaną skruchą przepraszały mnie, że nie zaprosiły mnie na swoje głośne szesnaste urodziny, ale nie wiedziały czy dostanę przepustkę z mojej specjalnej szkoły, a poza tym miały problem nie wiedząc jak się ze mną skontaktować.
Zaczęło się-pomyślałam słysząc w jaki sposób zaakcentowały słowo "specjalna".
-Co prawda to prawda-dodał Artur- mogłabyś założyć sobie facebooka.
-Albo przynajmniej instagrama.- dodała Ellie kiwając głową.
-Ewentualnie snapchata.-wtrącił Tom, na co pozostała czwórka przyznała mu rację.
-Eeeee, ale ja przecież mam facebooka i tą całą resztę tylko nikomu o tym nie mówiłam.- powiedziałam szybko mając nadzieję, że to zakończy temat. Przecież nie udowodnią mi, że nie mam tych dziwnych rzeczy, o których mówią. Zawsze mogę powiedzieć, że zostawiłam je w domu czy coś. Byłam wręcz dumna z tego jak udało mi się ich przechytrzyć.
-Serio?- mruknęła Olivia zerkając na mały, metalowy prostokąt, który chyba nazywał się telefonem komórkowym- A jak się nazywasz na snapie?
Otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale do pokoju weszła babcia oznajmiając, że możemy już siadać do kolacji. Podziękowałam w duchu za ratunek i ponownie skierowałam się do salonu.
Przy dzieleniu się opłatkiem najczęściej powtarzane dla mnie życzenia  były dotyczące poprawy mojego zdrowia i "abym dalej walczyła, bo najgorsze co można zrobić to się załamać i poddać".
Rozmowy przy stole nie były, ani trochę przyjemniejsze. Co prawda moi dziadkowie i ciocie próbowały sprowadzić rozmowę na "bezpieczne" tematy, ale wujkowie uparli się, aby w tym roku poznać wszystkie poglądy mojego taty we wszystkich dziedzinach, o których nie miał żadnego pojęcia.
Ciocia Ana chcąc ratować mojego tatę zaczęła opowieść o pierwszym wspólnym obiedzie z Oscarem, chłopakiem Olivi. Opowiedziała kilka zabawnych anegdotek ukazujących jak bardzo musiał być zestresowany. Gdy wszyscy przestali się śmiać moja babcia zapytała mnie czy "nie kręci się wokół mnie jakiś kawaler". Chciałam zaprzeczyć, ale moja mama odezwała się pierwsza opowiadając jaki ładny prezent dostałam od kolegi. Każda kobieta w pomieszczeniu zechciała zobaczyć moją bransoletkę, a ja jak kretynka musiałam wystawiać dłoń w każdą stronę. Byłam zła na mamę za zwrócenie na mnie uwagi, ale miałam nadzieję, że potrwa to tylko chwilę. Nie wzięłam jednak pod uwagi ilości pytań, które mi zadadzą.
-Gdzie poznałaś chłopaka?- zapytała Beth, a słysząc, że to kolega ze szkoły uśmiechnęła się sztucznie i szepnęła coś do swojej siostry. Znając życie go też z góry wzięły za wariata, jak każdą osobę uczącą się w mojej "specjalnej" szkole.
-A co tutaj robi wilk?- zapytała ciocia przyglądając się zawieszce.
-No właśnie. To raczej nie jest popularny motyw przy tego rodzaju prezentów.-dodała Olivia.
-Hmmm...-przygryzłam wargę zastanawiając się co jej odpowiedzieć.-Niektóre osoby z mojej szkoły mają dobierane zwierzę, które je symbolizuje i w pewnym sensie jest jego patronem.- uśmiechnęłam się mając nadzieję, że ta pokręcona odpowiedź zakończy temat.
-To taka terapia?- wyrwało się Arturowi, a jego mama syknęła, że ma już być cicho i zająć się jedzeniem, bo mu wystygnie.
-To dobrze, że tak was zachęcają.-uśmiechnęła się Ellie, która z całej tej bandy kuzynów była najmilsza i starała się nigdy nikogo nie urazić. Jednak w tej chwili jej słowa dodały przysłowiowej oliwy do ognia i byłam blisko wybuchu. Mimo wszystko zacisnęłam zęby i wzięłam się za jedzenie jakiejś sałatki.
-Kiedyś o czymś takim słyszałam, czujesz się lepiej myśląc, że wilk jest z Tobą?- zapytała Beth wlepiając we mnie swoje duże oczy.
-I to bardzo.-warknęłam- Każdy mając patronusa nie musimy obawiać się dementorów i gdybyś wiedziała o co naprawdę chodzi, to by Cię zeżarła zazdrość i...
-Natalie!- przerwała mi mama patrząc na mnie z przerażoną miną.- Chodzi jej o taki projekt...-zaśmiała się newowo zwracając się do wujka Johna, który siedział najbliżej jej.
-Przepraszam na chwilę.- mruknęłam i nie zwracając uwagi na karcące spojrzenia mamy wstałam od stołu. Niewiele myśląc ruszyłam na strych, aby znaleźć się jak najdalej od tej bandy przygłupów. Zapaliłam lampkę i usiadłam przy małym stoliku podciągając kolana pod brodę. Po chwili usłyszałam skrzypienie na schodach co oznaczało, że ktoś szedł. Byłam pewna, że to moja mama, więc zrobiłam bojową minę gotowa na awanturę. W drzwiach stanął jednak mój dziadek z dobroduszną miną.
-Następnym razem schowaj się gdzieś na parterze, bo wchodzenie na strych jest zbyt dużym wyzwaniem dla moich starych nóg.- puścił mi oczko i usiadł obok mnie.
-Przepraszam...- mruknęłam nie mając na myśli chowania się na strychu. Było mi głupio, że przy stole poniosły mnie emocje. Dziadek uśmiechnął się jedynie i poczęstował mnie cukierkami, które zawsze trzymał w wewnętrznej kieszeni marynarki.
-A czym jest ten patronus?- zapytał nachylając się w moją stronę.
-Takie zaklęcie obronne umożliwiające ochronne przed dementorami, czyli takimi zjawami, które wysysają dusze. Patronus może też służyć do przekazywania wiadomości innym czarodziejom na odległość.
-A co do tego ma wilk?- zainteresował się.
-Patronusy mogą przybrać różne formy, a moim jest właśnie wilk.- uśmiechnęłam się patrząc jak na twarzy dziadka maluje się zdziwienie, które po chwili przerodziło się w radosny chichot.
-Czarodzieje mają niesamowite wynalazki, a wiesz co jeszcze w was lubię?- zapytał podchodząc do jednej z wielu szaf. Wyjął z niej drewniane, podłużne pudełko, oczyścił je z kurzu i kontynuował- Potraficie grać w szachy.- Uśmiechnął się rozkładając szachownicę. Zapytałam go czy przypadkiem nie musimy wracać do pozostałych, ale stwierdził, że ma już tyle lat, że nie musi patrzeć na to, co wypada robić, więc może zostać na strychu i grać z wnuczką w szachy.
-Dziadku wiesz może co to facebook?- zapytałam przesuwając wieżę, aby ratować się przed zbiciem mojego króla.
-Jakiś magiczny przedmiot?- zapytał drapiąc się po brodzie i nie odrywając wzroku od szachownicy.
-Chyba wręcz przeciwnie...-uśmiechnęłam się i całą swoją uwagę poświeciłam grze. Po paru minutach udało mi się wygrać z dziadkiem, ale byłam prawie pewna, że przegrał specjalnie. Udał jednak zdziwionego moimi oskarżeniami i zapewniał, że "uczeń przerósł mistrza". Po chwili dodał, że bardzo go to cieszy i taka kolej rzeczy. W ślimaczym tempie pozbierałam wszystkie pionki i odłożyłam szachownicę na półkę.
-Dziecko oni nie próbują Cię umyślnie ranić...-powiedział przybierając poważną, a zarazem łagodną i pełną ciepła minę.-Musisz wybaczyć im wiele rzeczy, nie zdają sobie sprawy jak bardzo się mylą i wiesz, że gdybyś mogła im wyznać swoje sekrety to by cię w tym spierali.
-Ale nie mogę im tego powiedzieć...-westchnęłam.
Przytulił mnie mocno i tłumacząc, że muszę uzbroić się w wiele cierpliwości i zrozumienia poprowadził mnie do wszystkich.

                                                                               *     

-Za rok muszę być przygotowany i obeznany z mugolską polityką...-mruczał tata z uśmiechem otwierając drzwi i puszczając przodem mamę i mnie.
-Dziękuję Ci Keith, to co robisz naprawdę wiele dla mnie znaczy.- mama dała mu buziaka i poszła do kuchni pytając czy ma ktoś ochotę na gorącą czekoladę.
-Tutaj to chyba przydałoby się coś mocniejszego, mam rację księżniczko?- tata puścił mi oczko, ale byłam zbyt zmęczona na jego żarty, więc pokiwałam jedynie przecząco głową i poszłam do swojego pokoju. Opadłam na łóżko, a po chwili coś zaczęło drapać w szybę. Podeszłam do okna odsłaniając firanki i wpuszczając do środka sowę, w której rozpoznałam puchacza Weasleyów. Dałam jej kawałek ciastka, które leżało na biurku, a sama wzięłam się za czytanie listu.
"Masz być koło południa u mnie. Cornie niestety nie będzie, jest jeszcze u Davida, ale ty się nie wykręcisz!
Całuję, Rose."
Na odwrocie kartki odpisałam jej, że nie mam zamiaru się wykręcać i że musimy pogadać o czymś ważnym. Przywiązałam list do nóżki puchacza, dałam mu wody i otworzyłam mu okno.
Co roku w święta wraz z Cornie odwiedzałyśmy państwa Weasleyów i jedliśmy wspólny obiad. Rodzice Rose byli przemiłymi ludźmi, którzy traktowali nas jak rodzinę, więc w tej chwili nie wyobrażałam sobie przerwy świątecznej bez wizyty w Dolinie Godryka.

Mama podała mi jeszcze jakieś ciasto i po dziesiątym powtórzeniu, abym nie wróciła zbyt późno pozwoliła mi wejść do kominka. Sypnęłam proszek, a po chwili stałam w przestronnym salonie państwa Weasleyów. Mama Rose wychyliła się z kuchni i podeszła do mnie z jednym z najpromienniejszyc uśmiechów na świecie.
-Natalie, kochanie, w samą porę, zaraz siadamy do obiadu.- powiedziała ściskając mnie tak mocno, że zaczęłam się zastanawiać czy jest możliwe uduszenie przez przytulenie. Gdy mnie puściła podałam jej ciasto, przekazałam życzenia od rodziców i skierowałam się po schodach do pokoju Rose.
-Nareszcie!- krzyknęła na mój widok i przytuliła mnie równo mocno jak jej mama. Opowiedziałam jej jak minęła moja wigilia w domu dziadków wraz z siostrami mamy i jej całymi rodzinami. Rose za to odwdzięczyła mi się historią o kolejnych świętach spędzonych w Norze i że samo składanie życzeń z tak liczną rodziną trwało prawie godzinę. Pokazała mi również kolejny sweter, który jej babcia Molly własnoręcznie wydziergała.
-A teraz powiedz o czym chciałaś ze mną pogadać.- Rose odłożyła sweter, a dokładniej rzuciła go na krzesło i spojrzała na mnie wyczekująco. Wystawiłam rękę z bransoletką od Jamesa.
-Ładna, od rodziców?-zapytała ziewając.
-Od Jamesa.- Ruda zrobiła wielkie oczy i przyciągnęła moją rękę w swoją stronę. Opowiedziałam jej o rozmowie z chłopakiem i o zaczarowanym prezencie, który otworzył się w świąteczny poranek. Miała do mnie pretensję, że od razu jej o tym nie powiedziałam, ale przypomniałam jej, że jak wróciłam do dormitorium to już spała, a na drugi dzień był bal i jakoś wypadło mi to z głowy.
-Na stanik Morgany, gacie Merlina i pończochy Slughorna, ale się porobiło...-powiedziała przyglądając się bransoletkce.
-A powiesz coś więcej od wyliczania części garderoby różnych osób?- mruknęłam przewracając oczami.
-Najlepiej jak pogadasz z Jamesem- kiwała głową jakby naprawdę udzielała dobrej rady-w sumie...-wybuchnęła śmiechem-będziesz miała ku temu okazję szybciej niż myślisz.
-Co masz na myśli Weasley?
-Cała rodzina Potterów również będzie na dzisiejszym obiedzie.- wyszczerzyła się w uśmiechu czekając na moją reakcję. Tym razem to ja zrobiłam wielkie oczy na myśl o wspólnym obiedzie z Jamesem i całą jego rodziną.
-Przecież oni mieli być daleko...- wydusiłam przerażona.
-Wujek Harry szybciej ukończył pracę i rano wrócili do Doliny Godryka.- wytłumaczyła mi ponownie zerkając na bransoletkę.
Byłam przerażona i z niepokojem nasłuchiwałam jakichkolwiek odgłosów świadczących o przybyciu gości. Od zajścia na balu nie byłam pewna co czuję do Jamesa, a bałam się, że będę musiała z nim o tym porozmawiać. Obawiałam się, że prezent od Gryfona zapowiadał nadchodzące zmiany, a nie miałam pojęcia jak nasze relacje powinny wyglądać. Rose, która oczywiście nie wiedziała o Scorpiusie uważała, że sprawa jest prosta. Miałam już zamiar złamać dane sobie słowo i wyznać jej całą prawdę, ale pani Weasley zawołała nas do stołu.
Zeszłyśmy na dół i przywitałyśmy się z całą rodziną Potterów. James chciał ze mną od razu porozmawiać, ale jego mama pokierowała go do stołu tłumacząc, że będziemy mieli wiele czasu na rozmowę po obiedzie.

                                                                             *     

Obiad u Rose zawsze był głośny, ale to była przede wszystkim zasługa Huga i Albusa. Chłopcy prześcigali się w opowiadaniu przeróżnych historii ze szkoły. Lily, siostra Jamesa wtrąciła, że Hagrid  ostatnio pokazywał Kuguchary, które do złudzenia przypominały zwykłe koty.
-Za naszych czasów Hagrid lubił pokazywać niebezpieczne zwierzęta i czasami ktoś wychodził podrapany.- zaśmiała się pani Potter zerkając na swojego męża, który pokiwał głową uśmiechając się na samą myśl o tym.
-Za naszych czasów ogólnie łatwo było o zadrapanie. Nie to co teraz... Hogwart jest taki nudny bez naszej trójki....-zaśmiał się pan Weasley wygodnie rozkładając się na krześle.
-I dobrze Ron, ciebie też powinno cieszyć, że naszym dzieciom nic nie grozi- pogroziła mu palem jego żona i jednym machnięciem różdżki posprzątała po obiedzie, a stół zapełnił się ciastami i babeczkami.
-Bez przesady kochanie, to były fajne czasy. Chciałoby się czasem znowu pochodzić po Zakazanym Lesie...- mruknął puszczając oko w stronę Huga i Albusa.
-Przypominam Ci, że byłeś przerażony jak małe dziecko kiedy natknęliśmy się na Aragoga.- zaśmiał się pan Potter i zwrócił się do chłopców, że w żadnym wypadku nie mają prawa szwendać się po lesie.
-Każdy by był stojąc naprzeciw setce pająków wielkości samochodu.- pokiwał głową nie przestając się uśmiechać.
-Setka pająków wielkości samochodów?!- krzyknął podniecony Hugo- tej historii jeszcze nie znamy.
-No więc na drugim roku razem z wujkiem Harrym zostaliśmy wysłani przez Hagrida do lasu, aby pogadać z jego przyjacielem, który okazał się być przeogromnym pajęczakiem i gdyby nie nasza odwaga i spryt to pewnie byłoby po nas.
-Doprawdy?- zaśmiała się pani Potter- trochę inaczej zapamiętałam tą historię. Ty miałeś połamaną rózdżkę, więc nie miałeś jak się bronić i gdyby nie fakt, że pojawił się stary fiat ojca to byłoby po was.
Wszyscy przy stole wybuchli śmiechem, a pan Weasley rozłożył bezradnie ręce i po chwili dołączył do reszty.
-Moją ulubioną historią jest opowieść jak nasza mama pobiła ojca Scorpiusa.- mruknęła Rose spoglądając na swoją mamę.
-Ronaldzie!- warknęła kobieta- Zwariowałeś? Nie opowiada się takich historii dzieciom.
Pan Potter i pan Weasley wymienili porozumiewawcze spojrzenia i wybuchli śmiechem zapewniając po chwili, że to jest również ich ulubiona historia z tych sześciu lat spędzonych w Hogwarcie. Siedziałam przy stole z zapartym tchem słuchając opowieści o przygodach rodziców moich przyjaciół. Od zawsze wiedziałam, że byli niesamowitymi ludźmi, ale nie zdawałam sobie sprawy, że przeżyli aż tak wiele. Nim ze stołu zniknęły wszystkie smakołyki usłyszałam jeszcze o trójgłowym psie, który uwielbiał dźwięk harfy, śmierdzącym trollu i szaleńczym locie na Testralach. Po jakimś czasie wszyscy zaczęli rozchodzić  się od stołu w swoim towarzystwie. Miałam ochotę posłuchać reszty opowieści, ale pan Potter zaśmiał się, że to jedynie brzmi tak fajnie i w większości przypadków mieli więcej szczęścia niż rozumu.
Rose i ja rozłożyłyśmy się na dywanie i przyglądałyśmy się jak Al, Hugo i Lily grają w eksplodującego durnia.
-Natalie masz chwilę?- obok nas znalazł się James, a Rose chyba pierwszy raz w całym życiu stwierdziła, że musi pomóc mamie w kuchni i takim sposobem zostaliśmy sami.
Dom był pełen ludzi, więc zdecydowaliśmy się na spacer po Dolinie Godryka. Pożyczyłam od Rose kurtkę i resztę ciepłych ubrań i wyszliśmy na chłodną ulicę.
-Dziękuję za prezent, bransoletka jest piękna.- powiedziałam zakłopotana.
-Cieszę się, że Ci się podoba. Chciałem podarować ci coś wyjątkowego.
Uśmiechnęłam się do chłopaka i ruszyliśmy wzdłuż rzędów domów. Z entuzjazmem zaczęłam mu mówić jak wielkie wrażenie wywarły na mnie historię jego rodziny. James zaśmiał się przeczesując ręką swoje włosy i czekał w ciszy, aż się wygadam. W międzyczasie pociągnął mnie w jakąś boczną uliczkę mówiąc, że na jej końcu znajduję się naprawdę miła kawiarenka.
-...I oni byli przecież tacy młodzi-ciągnęłam-Nie mam pojęcia czy byłabym wstanie być taka odważna jak oni, a poza tym...-zamilkłam spoglądając na rozbawionego chłopaka-nie dałam ci dojść do słowa przez co najmniej piętnaście minut, prawda?- jęknęłam czując, że moje policzki robią się różowe.
-To nic...-machnął ręką-lubię Cię słuchać, chociaż podczas spaceru z dziewczyną wolałbym, aby trochę mniej mówiła o moim ojcu.
-Eh, no tak...- uśmiechnęłam się przepraszająco. Gryfon roześmiał się zapewniając, że tylko żartował i cieszy się, że podobało mi się spędzone popołudnie w gronie jego najbliższych.
-A jak twoje święta?- zapytał po chwili.
-Mogło być lepiej...-wzruszyłam ramionami nie chcąc po raz kolejny wspominać pobytu z mugolską częścią mojej rodziny.-A gdzie ta kawiarenka?- zapytałam chcąc jak najszybciej zmienić temat. Chłopak wziął mnie za rękę i między kolejnymi budynkami poprowadził mnie do drewnianego budynku, nad którym wisiał szyld "U Godryka''. Zatrzymaliśmy się przed wejściem, a chłopak ręką odgarnął niesforny kosmyk włosów, który przyczepił się do mojego policzka.
-Wspominałem już, że pięknie wyglądasz w krótkich włosach?-powiedział nie spuszczając ze mnie wzorku.
-Nie wchodzimy?- zapytałam cicho ignorując jego komplement. Z jakiegoś powodu nie potrafiłam opanować drżenia głosu.
-Jemioła.- uśmiechnął się wskazując ręką na gałązkę, która wisiała tuż nad wejściem do lokalu.
-Kto by się spodziewał...- zaśmiałam się nerwowo chowając ręce do kieszeni.
-A myślisz, że czemu wybrałem to miejsce?- uśmiechnął się łobuzersko i nachylił się w moją stronę. Delikatnie musnął moje wargi, jakby nie był pewny czy ma do tego prawo, ale w momencie, gdy zetknęły się nasze usta wszystkie wątpliwości zeszły na bok. Pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny, a ja miałam problem, aby pamiętać o tak banalnej czynności jaką jest oddychanie. Jednak powoli napadły mnie wątpliwości i gwałtownie odsunęłam od siebie chłopaka.
-James, ja...- zaczęłam przerażona nie mając pojęcia jak to się stało, że w przeciągu tygodnia całowałam się z dwoma chłopakami. Najgorsze było to, że do obydwu coś czułam, a w tej chwili miałam w głowie taki mętlik, że najchętniej bym uciekła. James jakimś cudem odgadł moje myśli i chwycił mnie za rękę.
-Nic nie mów Nat...-przerwał mi-Nie musimy teraz o tym rozmawiać. Powiedzmy, że zmusiła nas do tego jemioła...-zaśmiał się.-Dajmy sobie czas na poważną rozmowę, dobrze?
Odetchnęłam i z ulgą pokiwałam głową. Chłopak zaśmiał się przyjacielsko na moją reakcję i otworzył mi drzwi.
Resztę wieczoru spędziłam w jego towarzystwie prowadząc konwersację na wiele banalnych tematów co chwilę wybuchając śmiechem. Zapomniałam o wszystkich problemach i rozkoszowałam się miłym wieczorem spędzanym w towarzystwie Jamesa.


piątek, 25 grudnia 2015

Rozdział 21

Powróciłam kochani! Z góry przepraszam za wszelkie błędy, ale część rozdziału pisałam na telefonie. Chciałam wam wszystkim życzyć wesolych świąt spędzonych w gronie najbliższym i ogolnie spełnienia wszystkich marzeń. Za mniej wiecej dwa tygodnie minie rok od kiedy założyłam bloga i mam wielką nadzieję, że w tym samym czasie uda mi się dodać nowy rozdział. Chciałam Wam również podziękować za wszystkie komentarze, które naprawdę wiele dla mnie znaczą. Nie przedłużając zapraszam na nowy rozdział.  







Usiadłam na łóżku rozcierając oczy i rozglądając się po pokoju. Na kufrze obok łóżka Cornie leżała złożona sukienka, a jej szpilki stały tak równo jakby wymierzyła je od linijki. Po drugiej stronę pokoju Rose mruczała przez sen co kilka sekund zmieniając pozycję. Sukienkę przewiesiła przez poręcz łóżka, obok którego niedbale porzuciła torebkę i jeden but. Z rozbawieniem rozejrzałam się za drugim, ale nigdzie nie mogłam go dostrzec.
 Po cichu nie chcąc ich obudzić podniosłam się z łóżka i wyjęłam z kufra dwa ładnie zapakowane prezenty. Położyłam po jednym na szafce każdej z moich współlokatorek i poszłam do łazienki. Przez cały czas nie mogłam przestać myśleć o Scorpiusie i naszym wczorajszym pocałunku. Jak do tego doszło? Jak to możliwe, że Scorpius Malfoy całował właśnie mnie? Przez chwilę chciałam obudzić dziewczyny i opowiedzieć im co się wczoraj wydarzyło, ale wiedziałam, że to może poczekać. Nie było różnicy, czy powiem im to teraz czy za kilka godzin. Po cichu po raz kolejny sprawdziłam czy spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i wyszłam z pomieszczenia.
W pokoju wspólnym siedziało już parę osób zaciekle o czymś rozmawiając. Usiadłam przy wolnym stoliku i wlepiłam wzrok za okno podziwiając zimowy krajobraz. Moje myśli ponownie powędrowały do Scorpiusa i wczorajszego wieczoru.
-Hej Nat.- usłyszałam głos Davida. Chłopak usiadł obok mnie zaszczycając mnie jednym ze swoich promiennych uśmiechów. Przywitałam się z chłopakiem, a już po chwili słuchałam jego opowieści o poszukiwaniach idealnego prezentu dla Cornie. Opowiedział mi jak zwiedził każdy sklep w wiosce i jak każda kolejna rzecz wydawała mu się coraz banalniejsza. Po chwili dodał z zakłopotaniem, że wpadł mu do głowy pewien pomysł. Zamilkł i zaczął szperać w kieszeniach wyjmując po chwili małe pudełeczko. Położył je na stoliku i czekał na moją reakcję.
-Czy to jest to co myślę?- jęknęłam i odchyliłam wieczko. W środku był ukryty jeden z najpiękniejszych pierścionków jakie kiedykolwiek widziałam. Elegancki, wyrazisty, wyjątkowy i efektowny- tymi słowami można by opisać ten pierścionek. Został wykonany ze srebra, a półokrągły niebieski diament był otoczony przez mniejsze srebrno-białe diamenciki, które układały się na kształt liści słonecznika.-Na gacie Merlina, David, co ty planujesz?
-Spokojnie, nie mam zamiaru się już oświadczać- zaśmiał się- ale chciałem dać jej coś wyjątkowego, a ten pierścionek należał do mojej prababki.
-Chcesz jej podarować rodzinną pamiątkę? To coś większego nawet od zaręczyn.-powiedziałam oglądając go z każdej strony. Zaczęłam wyobrażać sobie spanikowaną Cornie otwierającą pudełeczko.Przynajmniej tak mi się wydawało, że byłaby spanikowana. Ja byłabym przerażona.
-Czyli zły pomysł?- zapytał zerkając na pierścionek. Chciałam mu wytłumaczyć jak wiele oznacza taki prezent, ale chłopak upierał się, że jest pewny, że Cornie to ta jedna i jeśli to coś zmieni to równie dobrze może wykorzystać ten pierścionek do prawdziwych oświadczyn. Próbowałam przemówić mu do rozsądku, że Cornie ma dopiero szesnaście lat, a on ledwo skończył siedemnaście i nie jest to najlepszy moment do podejmowania takich decyzji. W tym momencie chłopak zarzucił mi sceptyczność, więc dałam sobie spokój z edukowaniem zakochanych i jedynie przyznałam, że nigdy nie widziałam równie ładnego pierścionka. Chłopak uśmiechnął się ponownie i zaczął opowiadać o tym jak wpadł na ten pomysł.
-Wszystko w porządku Natalie? Wydajesz się być nieobecna…- zapytał przerywając swoją opowieść. Po raz kolejny odpłynęłam myślami do zeszłego wieczoru. Nie mogłam dłużej udawać, że nic nie czuję do Scorpiusa i miałam ochotę wreszcie z kimś o tym porozmawiać.
-Mogę Cię o coś zapytać?- spojrzałam na niego wyczekująco. Chłopak kiwnął głową, a ja kontynuowałam- Zanim zacząłeś spotykać się z Cornie to się z nią przyjaźniłeś. Spędzaliście ze sobą dużo czasu, a nagle ta przyjaźń zamieniła się w coś większego. W którym momencie zrozumiałeś, że coś do niej czujesz?
-Szczerze to nie mam pojęcia...- podrapał się po głowie- Chyba na początku poczułem się o nią zazdrosny, gdy dwóch chłopaków zaczęło o niej rozmawiać.  Na początku sam nie wiedziałem czemu tak mnie to ruszyło. Wmawiałem sobie, że jest to jedynie troska o przyjaciółkę, ale po pewnym czasie zrozumiałem, że to tylko jedynie wymówki. Nagle wszystko co robiła wydawało mi się niesamowite, a najbardziej szczęśliwy czułem się w momencie ,gdy udało mi się ją rozbawić.
-A w jaki sposób udało Ci się odważyć wyznać jej swoje uczucia?- zapytałam skubiąc sweter.
-To chyba było najtrudniejsze, bałem się, że ona nie czuje tego samego. Obawiałem się, że przez to mogę zniszczyć naszą przyjaźń.
-Dokładnie, nie możesz przewidzieć czy to nie jest jedynie platoniczne uczucie.- westchnęłam.
-Ale wiesz czego żałuję najbardziej? Tego, że tak długo się ociągałem, prawda jest taka, że ryzykujemy naprawdę mało w porównaniu z tym co możemy zyskać.- uśmiechnął się- Dlatego radzę Ci się odważyć.- uśmiechnął się do mnie i po chwili podniósł się z krzesła tłumacząc, że musi się jeszcze spakować.- I dziękuję, że mogłem Ci się wygadać z tym pierścionkiem, potrzebowałem tego.- uśmiechnął się na pożegnanie i zniknął na schodach prowadzących do dormitorium.
Ponownie zostałam sama. Zaczęłam się zastanawiać kim dla mnie właściwie jest Scorpius Malfoy. Nie mogłam udawać, że jest dla mnie obojętny, zależało mi na nim, a po wczorajszym pocałunku nie mogłam myśleć o niczym innym. Tylko to było za mało, aby móc mówić o wielkiej miłości. Zwyczajnie bardzo go lubiłam, a od początku roku stawał się dla mnie coraz bliższą osobą. Postanowiłam, że muszę z nim pogadać, na początku chciałam poczekać na śniadanie i porozmawiać z nim później, ale nie mogąc usiedzieć na miejscu wyszłam z wieży Gryfonów.
*         

Zbiegłam ze schodów i nagle przystanęłam nie wiedząc, w którą stronę powinnam iść dalej. Prawdopodobnie był w lochach, ale nie miałam pojęcia jak miałabym go tam znaleźć. Co prawda mogłabym stać i wykrzykiwać jego imię, ale znając życie prędzej natknęłabym się na Jasmine lub inną przeuroczą Ślizgonkę. Nagle wpadłam na pomysł, gdzie może być Scorpius. W zawrotnym tempie dotarłam na szóste piętro i odnalazłam najbrzydszy obraz jaki znajdował się w zamku. Wypowiedziałam zaklęcie i przeszłam przez tajne wejście. Jednak nie znalazłam w nim nic więcej niż kociołka, książek i paru fiolek. Z ciekawości zajrzałam jeszcze do kociołka. Wywar miał miodową barwę, ale nic mi to nie mówiło. Domyślałam się jednak, że jest tak jak mówił chłopak i wszystko idzie tak jak zaplanował. Przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę o jego eliksirze i jego wybuch euforii. Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym z jaką łatwością i gracją uniósł mnie do góry. Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu i wyszłam na chłodny korytarz. Nie miałam pojęcia gdzie go szukać. Zrezygnowana potoczyłam się na parter i krążyłam po korytarzach. Musiało minąć trochę czasu, bo coraz więcej osób kierowało się do Wielkiej Sali. Musiałam pogodzić się z tym, że nie uda mi się go odnaleźć i bez entuzjazmu powlokłam się na ostanie w tym semestrze śniadanie.
 Nagle w odległej części korytarza dostrzegłam szarookiego Ślizgona. Nie stał jednak sam, towarzyszyła mu Blair. Rozmawiali o czymś, a Scor uśmiechał się wpatrując w dziewczynę. Przypomniałam sobie co dzień wcześniej opowiedziała mi Rose. Najwidoczniej Ślizgon nie odwołał spotkania z dziewczyną,. Poczułam się okropnie głupio. Naiwnie pomyślałam, że wczorajszy pocałunek coś dla niego znaczył.
Usiadłam pod ścianą i spróbowałam na chłodno przekalkulować ostatnie wydarzenia. Scorpius Malfoy od zawsze otaczał się dużą liczbą dziewczyn, ale nigdy żadna z nich nie była jego dziewczyną. Choć w sumie trafniej powiedzieć, to on nie był nigdy żadnej dziewczyny.
Przypomniałam sobie, że kiedyś sama byłam świadkiem tego w jaki sposób potraktował prawdopodobnie zakochaną w nim Romildę. Widząc ją na korytarzu w pośpiechu skręcił w inną stronę, aby nie musieć z nią rozmawiać. Tłumaczył mi wtedy, że raz się z nią całował, a teraz ona nie daje mu spokoju. Śmiał się, że zachowuje się jakby obiecał jej co najmniej małżeństwo.
Zrobiło mi się głupio, że przez chwilę byłam gotowa pobiec do niego i wyznać mu miłość jak w jakiejś głupiej komedii romantycznej. Tyle, że ta scena nie wyglądałaby jak w mugolskim filmie, to skończyłoby się raczej dramatem, w którym po raz kolejny miałabym złamane serce, a Ślizgon mógłby się szczycić, że zyskał kolejną zakochaną fankę. Na szczęście do tego nie doszło i nigdy nie dojdzie.
 Spojrzałam na nich po raz ostatni i bez pośpiechu oddaliłam się w stronę Wielkiej Sali. Prawda była taka, że do wczorajszego wieczoru Scorpius Malfoy nie był dla mnie nikim więcej, niż zwykłym znajomym. To tylko i wyłącznie moja wina, że chwilowe uniesienie spowodowało we mnie zauroczenie. Tak, to było jedynie zauroczenie-pomyślałam. Nic więcej i niech tak zostanie. Był Ślizgonem, który prawdopodobnie miał swoją mroczną stronę. Ja rozmawiałam z nim tylko kilkanaście razy w życiu i właściwie nic o nim nie widziałam. Najlepiej będzie jak ograniczę z nim kontakt- powiedziałam sobie w duchu. I najlepiej będzie jak nie będę już o nim myślała.

*         

W Wielkiej Sali siedzieli już wszyscy moi znajomi. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w ich stronę. Postanowiłam wymazać wczorajszy wieczór  z pamięci i nikomu o tym nie wspominać. Usiadłam obok Davida i z uśmiechem wysłuchałam podziękowań dziewczyn za prezenty. Rose była zachwycona swoim kompletem kosmetyków do włosów i Cornie zajęło chwilę za nim udało jej się przebić i podziękować za zestaw nożyczek i innych przyborów do przerabiania i projektowania ubrań.
-Na Merlina, błagam o zmianę tematu…- mruknął Leo- Czy ja i David wyglądamy jak dziewczyny kochające rozmawiać o kosmetykach i ciuchach?
-Teraz wiesz jak się czuję, gdy wiecznie gadasz o quidditchu…- mruknęła Rose przewracając oczami.
-Rose, quidditch to zupełnie co innego i….- chłopak wbił wzrok w dziewczynę, która zrobiła naburmuszoną minę.
-Uspokójcie się!- przerwał im David- Czy wy potraficie ze sobą rozmawiać jak dorośli? Jak dobrze, że zaczynają się święta i trochę od siebie odpoczniecie.
-Nie denerwuj się!- zaśmiał się Leo-my tylko się ze sobą droczymy.-puścił oczko rudej, która lada moment przestała się burzyć.
-No i jak już to sobie wyjaśniliśmy to możemy wrócić do rozmowy o kosmetykach i ciuchach.- zaświergotała Rose wystawiając język w stronę chłopaka.
-Zabijcie mnie…- mruknął Leo z rezygnacją opierając głowę o stół.

*         

Pociąg powoli nabierał prędkości, a Hogwart stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu zniknął za jakimś pagórkiem. Leniwie przeniosłam wzrok na moich przyjaciół, którzy byli zajęci omawianem wczorajszego balu. Leo przedrzeźniał Rosie, że przez cały tydzień męczyła go, że ma ochotę potańczyć i jeśli okaże się, że chłopak będzie jedynie siedział przy stole to własnoręcznie go zabije, a później sama pójdzie tańczyć, a jak przyszlo co do czego to odpadła jako pierwsza. Rose skomentowała to jedynie, że gdyby co chwilę potajemnie wychodziła  na szklaneczkę ognistej whisky, to też miałaby tyle energii. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale chlopak wszedł jej w słowo i zaczęli się sprzeczać o jakieś głupoty.
-Ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, że się nie pozabijaliście.- zaśmiała się Cornie przyglądając się tej dwójce.
-Rose czy tylko ja odnoszę wrażenie, że w tym przedziale nikt nas nie docenia?- zapytał Leo spoglądając na rudą.
-Masz rację, oni zdecydowanie nas nie doceniają… Zupełnie nie rozumiem czemu mają o nas aż tak złe zdanie.- pokiwała głową przybierając poważną minę.
-Wychodzę do łazienki.- mruknęłam nie mając ochoty dłużej słuchać o wczorajszym wieczorze i wyszłam na korytarz. W pośpiechu wytarłam wilgotne oczy i ruszyłam w stronę łazienek. Nagle rozsunęły się drzwi jednego z przedziału i wyszedł z niego nie kto inny jak Scorpius Malfoy. Spuściłam głowę i minęłam go w milczeniu.
-Natalie.- wypowiedział moje imię, a ja mimo danych sobie wcześniej obietnic obróciłam się w jego stronę.- Szukałem Cię wczoraj, ale nigdzie nie mogłem Cię znaleźć.
-Źle się poczułam i wyszłam wcześniej.-odpowiedziałam wkładając ręce do kieszeni w bluzie.
-Zamieniłem parę zdań z Nottem, a później nigdzie nie mogłem Cię znaleźć. Chciałem porozmawiać z Tobą o zajściu na balu.-powiedział łagodnie, a ja automatycznie zacisnęłam schowane dłonie.
Uśmiechnęłam się blado, a w głowie ponownie miałam obraz Scorpiusa chowającego się przed Romildą. Wiedziałam co ma mi do powiedzenia i za żadne skarby nie chciałam mu na to pozwolić. Tylko co mogłam zrobić? Jedynie co przyszło mi do głowy, to powiedzieć to jako pierwsza. Może w taki sposób zachowam chociaż resztki godności.
-Hmmm, tylko czy jest o czym rozmawiać?- wzruszyłam ramionami przybierając obojętny wyraz twarzy- Poniosła nasz chwila i się pocałowaliśmy, to tyle. Nie musimy tego roztrząsać, to nic nie znaczyło.- wyrzuciłam z siebie i zacisnęłam usta. Chłopak wyglądał na zaskoczonego i chyba  nie wiedział co ma powiedzieć. Prawdopodobnie nie spodziewał się, że załatwienie tej sprawy pójdzie mu tak szybko.
-Fakt, to nic nie znaczyło.- odpowiedział po chwili- Ty w dalszym ciągu kochasz Pottera.- wyrzucił z siebie, a jego mina nie wyraża żadnych emocji.
-A ty w dalszym ciągu masz Blair i milion innych dziewczyn.
-Wychodzi na to, że każdy jest szczęśliwy. Wesołych świąt.- powiedział po czym ponownie zniknął w swoim przedziale.
Stałam tak jeszcze przez chwilę nie mogąc się ruszyć. Powinnam być zadowolona, udało mi się tak pokierować rozmową, że ostatecznie to ja powiedziałam to o czym myślał chłopak.  Jednak nie umiałam się tym cieszyć i musiałam włożyć wiele wysiłku w to, aby się nie rozpłakać. Marzyłam już jedynie o tym, aby znaleźć się we własnym łóżku w Londynie.


*         

Wybiegłam z pociągu rozglądając się po peronie. Po chwili dostrzegłam mojego tatę, który dosłownie rozpromienił się na mój widok. Pobiegłam w jego stronę wpadając w jego otwarte ramiona.
-Jak dobrze Cię widzieć księżniczko- powiedział w dalszym ciągu trzymając mnie w objęciach. W jednej chwili poczułam się dobrze, a zarazem beznadziejnie. Wszystkie myśli, uczucia do Scorpiusa i Jamesa zaczęły wirować mi naraz w głowie. Tak jakbym od dłuższego czasu tłumiła wszystko w sobie, a w ramionach taty doszczętnie się rozpadła.
-Tęskniłam za Tobą tatusiu.- odpowiedziałam po chwili ledwo hamując napływające łzy.
-Dobrze się czujesz?- zapytał przyglądając mi się z troską. Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się nie chcąc go martwić.
-Już tak.
-Co ty na to abyśmy poszli na wielki pucharek lodów?- zapytał- Co prawda mama upiekła jakąś pieczeń, ale przez parę najbliższych godzin mamy spokój, pojechała po jakieś nowoczesne zioła do Brazylii.
-Namawiasz mnie do tego, abym naraziła się mamie już w pierwszy dzień?
-Wszystko biorę na siebie- puścił mi oczko i chwycił kufer- O Merlinie! Pół Hogwartu w niego wpakowałaś, że jest taki ciężki?- jęknął i zrobił śmieszną minę próbując mnie rozbawić.
-Naprawdę tęskniłam.- powiedziałam.
-Ja też księżniczko, nawet nie wiesz jak bardzo.- odpowiedział całując mnie w czoło.
Przeszliśmy przez ścianę i znaleźliśmy się na zwyczajnym, londyńskim dworcu.
Weszliśmy do jednej z wielu kawiarenek mieszczących się przy dworcu i zamówiliśmy lody z owocami i bitą śmietaną.
Opowiedział mi wszystkie ciekawostki związane z apteką i z uśmiechem wysłuchał moich opowieści o szkole.
-Powiesz mi teraz co Cię tak dręczy?- zapytał po chwili- Widzę przecież, że jesteś obecna ze mną tylko ciałem.
-Nic ważnego…- mruknęłam wygrzebując łyżeczką ostatnie, roztopione już kropelki lodów.
-Okej, okej… jak nie chcesz mi mówić, to trudno. Ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.- uśmiechnął się i dodał, abym odstawiła już ten pucharek, bo zaraz zrobię nim dziurę.
-Kupiłeś już prezent dla mamy?- zmieniłam temat.
-A co do tego…- podrapał się po głowie- możemy zrobić tak jak zawsze?- zaśmiałam się i pokiwałam głową. Co roku dawał mi pieniądze, a ja kupowałam prezent za niego. To była najlepsza metoda, aby uchronić mamę od dostania ściereczek do czyszczenia różdżki czy innych równie romantycznych przedmiotów.
-Zapomniałem, że muszę wpaść jeszcze do apteki.-mruknął zerkając na zegarek-Mama prosiła mnie o wypełnienie jakiś papierów. Dasz sobie radę?- zapytał i wyręczył kelnerce mugolskie pieniądze z doliczonym napiwkiem.
-Pewnie.- uśmiechnęłam się i wstałam od stolika.
-Przetransportuje twój kufer do domu i zobaczymy się później.
Wyszliśmy z kawiarni i już miałam ruszyć w stronę wejścia na ulicę pokątną, gdy do głowy wpadł mi pewien pomysł..
-Tato...- zaczęłam- masz przy sobie więcej mugolskich pieniędzy?- wydęłam usta i zamrugałam oczami. Była to ta mina, której mój tata nie był w stanie niczego odmówić.


Przeszłam dwie uliczki zerkając na wystawy wszystkich sklepów, restauracji, kwiaciarni, a nawet salonów stomatologicznych. Po chwili znalazłam to czego szukałam i pociągnęłam za klamkę. Weszłam do wielkiego pomieszczenia, w którym pachniało lawendą. Z każdej strony otaczały mnie lustra, a miła pani z recepcji pokazała mi gdzie mogę odwiesić swój płaszcz. Zapytała czy byłam wcześniej umówiona. Pokręciłam przecząco głową, na co odpowiedziała, że to nic i chyba Hulijo jest wolny. Przeszła przez półokrągłe drzwi, a po chwili wróciła z przystojnym chłopakiem około trzydziestki. Był latynosem o dość charakterystycznym sposobie poruszania się.
-Jakie piękne włosy! I jaki kolor! Naturalny, prawda?- zapytał i wziął jeden z kosmyków w swoje dłonie- Chodź na mną.- uśmiechnął się i pociągnął mnie w stronę swojego stoiska. Usiadłam na wygodnym fotelu na przeciw lustra i poczekałam, aż Hulijo założy na mnie ochronną folię.
-Co robimy aniołku?- zapytał wyciągając z szafki komplet nożyczek i szczotek.
-Myślałam o zmianie koloru. Nie chcę być już dłużej blondyną...- westchnęłam. Hulijo spojrzał na mnie zaskoczony, a po chwili z politowaniem skinął głową.
-Aria, złociutka, mogłabyś nam zrobić po karmelowej latte.- powiedział do swojej asystentki i usiadł obok mnie na fryzjerskim stołku.
-Codziennie odwiedza mnie tutaj kilkanaście dziewcząt i potrafię już rozróżnić co skłoniło je do zmiany fryzury. Niektóre robią to pod wpływem zmiany pracy, inne próbują się odmłodzić, a jeszcze inne, takie których jest najwięcej, próbują o czymś zapomnieć.- powiedział spokojnym głosem- I ty też robisz to pod wpływem chwili, pod wpływem złości. Nie pozwolę zniszczyć Ci tak pięknego blondu przez jakiegoś ostatniego kretyna.- uśmiechnął się i podał mi kawę przyniesioną przez jego asystentkę.
-Skąd wiesz, że chodzi o jakiegoś kretyna?- zapytałam zerkając na młodego mężczyznę. Momentalnie poczułam, że go polubiłam.
-Bo to zawsze chodzi o jakiegoś kretyna.- machnął ręką jakby mówił o najoczywistszej sprawie na świecie- Sam przez większość życia wzdychałem do kogoś kto nie był tego wart. Dopiero ostatnio poznałem niesamowitego chłopaka.- uśmiechnął się na samą myśl o nim.- A teraz wracając do Twoich włosów...- zawiesił się na chwilę- Myślałaś kiedyś o ścięciu ich na krótko?- zapytał z błyskiem w oczach.
Powiedziałam, że zdaję się na niego i może zrobić z moimi włosami na co tylko ma ochotę. Machał nożyczkami jakby nigdy nie robił nic innego, na podłodze było coraz więcej moich włosów, a ja czułam się coraz lepiej. Nie wiedziałam czy to pod wpływem zmiany fryzury, czy Hulija, któremu opowiedziałam całą moją historię. Przynajmniej prawie całą, oczywiście pominęłam fragmenty, że jestem czarownicą i uczę się w Hogwarcie. Opowiedziałam o Jamesie i Scorpiusie, wyznałam wszystkie moje uczucia i z każdym wypowiadanym zdaniem czułam się coraz lepiej. Cały mój ciężar schodził ze mnie, a latynos kiwał głową na znak, że rozumie co mam na myśli.
-...A teraz czuję się jak skończona idiotka i nie wiem co mam robić.- zakończyłam swój monolog dopijając resztkę kawy.
-Z twojej historii wynika, że i jeden i drugi jest totalnie ślepy. Nie wierzę, że nie zabijają się o Ciebie.- zaśmiałam się na słowa Hulija- I wiesz co myślę? Powinnaś odpuścić sobie ich obojga i myśleć tylko o sobie. Żaden z nich nie jest Ciebie wart. A teraz spójrz na nową Natalie!- uśmiechnął się, a ja spojrzałam na swoje odbicie. Nie było śladu po moich długich włosach, teraz nie dotykały one nawet ramion. Wyglądały świeżo, a moja buzia nabrała zupełnie innego wyrazu. Wyglądałam dojrzalej, miałam wrażenie, że osoba, którą widzę w lustrze jest pewniejsza siebie i o wiele odważniejsza. Z zachwytem dotknęłam swoich włosów, które układały się jakbym miała zaraz wyjść na wybieg, albo mieć sesję do „Modnej czarownicy”.
Podziękowałam Hulijowi i zwolniłam miejsce, bo czekała na niego już następna klientka. Podałam mu pieniądze i miałam się już oddalić, ale nie mogąc się powstrzymać pomownie odwróciłam się w jego stronę. Mężczyna przytulił mnie jak młodszą siostrę i zapewniając, że wszystko się ułoży odprowadził mnie do drzwi.
-Jak coś aniołku to zawsze możesz do mnie wpaść pogadać!- krzyknął za mną, gdy byłam już na ulicy. W zdecydowanie lepszym humorze ruszyłam w stronę przejścia na ulicę pokątną w celu znalezienia idealnego prezentu dla mamy.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 20



 To na pewno jeden z najdłuższych postów jakie napisałam. Jestem z niego nawet całkiem zadowolona. Już dłuższy czas temu powstała scena między Natalie i Scorem na balu, więc cieszę się, że w końcu i wy możecie ją przeczytać. Ja czytałam ją chyba z dziesięć razy i za każdym razem coś zmieniałam ;) 
Ps.Jeśli moje tempo się nie poprawi to rozdział świąteczny będzie akurat na święta xd



Obudził mnie jakiś trzask. Zerwałam się z łóżka rozcierając oczy, próbując tym samym przyzwyczaić je do jasności.
-Co wy robicie?- zapytałam rozglądając się po pokoju. Rose stała pochylona nad swoim kufrem i dosłownie wyrzucała z niego przeróżne kosmetyki i milion innych rzeczy.
Ruda spojrzała na mnie jakbym zapytała o najoczywistszą rzecz na świecie. Pokiwała tylko głową mrucząc coś pod nosem i jak gdyby nigdy nic wróciła do szperania w kufrze.
-Czy ty już zaczęłaś się szykować?- zapytałam z trudem ukrywając rozbawienie.
-Ciekawe czy będziesz się śmiała błagając mnie o pomoc przy uczesaniu tej swojej blond czupryny.
Spojrzałam na Cornie, która próbowała zamaskować śmiech kaszlnięciem, ale nie wyszło jej to zbyt przekonująco.
 Po chwili zostałam dosłownie wygoniona do łazienki przez Weasley. Kazała mi się wykąpać, umyć włosy i podporządkować planowi, dzięki któremu powinno nam się udać wyrobić w sześć godzin. Nie do końca wiedziałam co ona zamierza robić przez tyle czasu, ale spieranie się z nią nie miało w tej chwili żadnego sensu.  


*       


Po wyjściu z łazienki za zgodą Rosie udałam się do biblioteki, aby przed świąteczną przerwą oddać wszystkie książki.  Bez pośpiechu załatwiłam wszystkie swoje sprawy i ślimacząc się ruszyłam na siódme piętro. Kilkanaście metrów przed sobą ujrzałam Scorpiusa Malfoya. Próbowałam niepostrzeżenie zniknąć za rogiem, ale Ślizgon ruszył za mną.
-Blondyna poczekaj chwilę!- przygryzłam wargę przypominając sobie nasze ostatnie spotkanie i mój wybuch gniewu. Po krótkim namyśle kapitulowałam i zwolniłam pozwalając się dogonić.
-Co chcesz Scor?- zapytałam pogodnie.
-Chyba powinienem Cię przeprosić... Nie chciałem Cię zdenerwować, zwyczajnie czasami nie myślę.- uśmiechnął się ze skruchą.
-To nic, od dawna podejrzewałam, że Ślizgoni mają problemy z myśleniem.- puściłam mu oczko naśladując jego wypowiedź przy naszej ostatniej rozmowie.
-To akurat jest specjalnością Gryfonów- zaczął się ze mną droczyć.
-Słuchaj jeśli chciałeś mnie tylko przeprosić, to wszystko w porządku, ale teraz muszę wracać do dziewczyn.- spojrzał na mnie jakby nie do końca wierzył w moje zapewnienia- Będziemy szykować się do balu.- westchnęłam.
-Macie jeszcze prawie 5 godzin.- powiedział z rozbawieniem.
-Czyli już jestem spóźniona. Słuchaj, jeśli nie chce zginąć z rąk pewnej, rudej czarownicy, to naprawdę muszę się już zbierać- uśmiechnęłam się- Może do zobaczenia później.- pożegnałam się i ruszyłam w stronę dormitorium.
-Typowa kobieta!- usłyszałam za sobą rozbawiony głos chłopaka.

*      

Nasz pokój wyglądał jakby wybuchła w nim bomba. Z każdej strony przewracały się kosmetyki, ozdoby do włosów i tygodniówki gazety „Modna czarownica”, z której dziewczyny prawdopodobnie czerpały inspiracje.
-Nie wiem Rosie czy to do mnie pasuje...-Cornie siedziała przy toaletce przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Wyglądała inaczej niż zwykle, na głowie miała dziwną konstrukcję, która przypominała gniazdo wielkiego ptaka.
-Czy ja wiem...- Rose stała nad nią i na przemian przyglądała się dziewczynie i ilustracji w gazecie.- To podobno najnowsze trendy. A ty co myślisz?- spojrzała na mnie, a Cornie bez rezultatu próbowała choć trochę przygładzić swoje włosy.
-To wygląda...- przekręciłam głowę na bok-...to jest ciekawe- wydusiłam po chwili.
-Zgadzam się, to na pewno jest inne, nowoczesne i....- ruda spojrzała na mnie szukając odpowiednich słów.
-I ciekawe.- uśmiechnęłam się, a Rose pokiwała głową. Cornie ponownie spojrzała w lustro, jęknęła i pobiegła do łazienki, a po parunastu minutach wróciła z mokrymi, rozczesanymi włosami.
Po krótkiej naradzie postanowiłyśmy nie eksperymentować z fryzurami i postawić na sprawdzone triki, a więc Rose jeszcze bardziej nakręciła i nastroszyła swoje włosy stawiając na artystyczny nieład, Cornie zrobiła eleganckiego koczka, a mi przypadły delikatne fale z wpiętym nad uchem małym, białym kwiatkiem.
Dzięki nowoczesnym kosmetykom przysłanym nam z Paryża od cioci Cornie w zaskakująco szybkim tempie zrobiłyśmy makijaż. Warto zaznaczyć, że miałyśmy samomalujące cienie do powiek i pędzel, który bez niczyjej pomocy konturował całą twarz. Planowałam wspomnieć o nich mamie i modlić się, aby mi takie sprezentowała na urodziny.
Wyszykowanie się na bal zajęło nam o wiele mniej czasu niż podejrzewa Rosie, więc poszłyśmy do chłopaków na przed balowe piwo kremowe.


*      

Po wyjściu z dormitorium przystanęliśmy rozglądając się w każdą stronę. Hogwart zawsze był piękny, ale w tamtej chwili dosłownie zapierał dech w piersiach. Poręcze, schody i podłoga wyglądały jakby były zrobione z lodu. Z obawą zrobiłam pierwszy krok bojąc się śliskiej powierzchni, ale poruszanie się po niej nie okazało się trudniejsze niż zazwyczaj. Wszędzie było biało, a zamek wydawał się być zrobiony z lodu.
-Co jak co, ale Krukoni potrafią czarować.- zaśmiał się Leo wyrywając wszystkich z otępienia.-Idziemy?
W piątkę ruszyliśmy w stronę w Wielkiej Sali w ciszy podziwiając kolejne, coraz piękniejsze ozdoby. Po przekroczeniu progu Wielkiej Sali ponownie zamarliśmy.
Wielka Sala była nie do poznania. Zniknęły długie, zimne stoły, a zamiast nich stały ośmioosobowe, okrągłe stoliki udekorowane białymi obrusami. Na każdym stole stały świeże kwiaty o niebieskiej barwie i świece imitujące sople lodu. Na ich szczycie nie było jednak zwyczajnych płomyków, a jedynie jasnoniebieskie świetliki. Zastawa wyglądała jakby została zrobiona z przeróżnych, nierównych kawałków lodu.
Większa część pomieszczenia została przerobiona na parkiet, który z kolei wyglądał na tak wyszlifowaną taflę lodu, że bez problemu można byłoby się w niej przejrzeć. Tuż obok stanęła niewielka scena dla orkiestry.
Pod ścianą stał podłużny stół, na którym zostały umieszczone fontanny z ponczem i płynnymi lodami o przeróżnych smakach.
Jedynie stół nauczycielski stał w tym samym miejscu co zazwyczaj, ale i on wyglądał inaczej niż zazwyczaj. Nie było na nim obrusu, ale wyglądał jakby został wykuty w śnieżnej skale.
Jednym słowem zastaliśmy prawdziwą Krainę Lodu.
Usiedliśmy przy naszym stoliku, a nasze talerze zapełniły się przeróżnymi potrawami. Jedno miejsce przy naszym stoliku zostało puste, ale postanowiłam się nie przejmować tym, że przyszłam sama. Wokół siebie miałam najlepszych przyjaciół i tylko to się liczyło.


*      

Podeszłam do stołu z zamiarem nalania sobie ponczu, ale przeszkodziło mi nagłe chwycenie mojej ręki przez niezidentyfikowanego sprawcę.
-Hej Natalie!- dosłownie krzyknęła mi do ucha obca postać. Odwróciłam się zaskoczona i dostrzegłam Petra, o rok ode mnie starszego Puchona. Poznaliśmy się kiedyś przez przypadek przez Davida, ale nasza znajomość do tej pory ograniczała się jedynie do zdawkowego przywitania się na korytarzu.
-Hej.- uśmiechnęłam się i planowałam powrócić do swojego wcześniejszego zajęcia, ale chłopak pociągnął mnie na parkiet. Nie miałam innego wyjścia jak zatańczyć z nim jeden taniec.
-Przyszłaś sama?- zapytał. Kiwnęłam jedynie głową nie chcąc tłumaczyć, że byłam umówiona z Jamesem, który z nie swojej winy nie mógł dotrzymać mi towarzystwa.
-To świetnie!- spojrzałam na niego pytająco- To znaczy, że jesteś wolna. Ja też jestem wolny.- chciałam coś wtrącić, ale Petro nie dopuścił mnie do słowa-Znaczy miałem wiele dziewczyn, z którymi mógłbym pójść, ale postanowiłem się nie ograniczać. No ale coś czuję, że ten wieczór spędzimy razem.- puścił mi oczko i w zaskakująco szybkim tempie obrócił mnie wokół własnej osi. Ledwo utrzymałam równowagę, ale już parę sekund później przekonałam się, że tańcząc z nim cały czas trzeba bronić się przed bliskim spotkaniem z parkietem. Po dwóch piosenkach udało mi się wyrwać z rąk chłopaka pod pretekstem, że muszę się czegoś napić. Mój towarzysz obiecał mi jednak, że niedługo do mnie wróci. Uśmiechnęłam się zupełnie nie wiedząc jak go spławić.
Opadłam na krzesło między Rose i Cornie. Zgarnęłam kubek, który trzymała ciemnowłosa dziewczyna i szybko wypiłam jego zawartość.
-Wzięłaś pod uwagę, że trzymałam ten kubek, aby sama się napić? Może odniosłaś mylne wrażenie, że go dla ciebie pilnuje, albo...- ironizowała.
-Przepraszam-przerwałam jej- przeżyłam dwa szalone tańce z Petrem i musiałam się napić.- wytłumaczyłam oddając jej prawie opróżniony kubek.
-Z tym Petrem?- włączyła się Rosie spoglądając na chłopaka. Kiwnęłam jedynie głową i chwyciłam ze stolika kawałek ciasta dyniowego.
-Jest przystojny i z tego co wiem to jest wolny.- posłała mi dziwny uśmiech. Spojrzałam przelotnie na Puchona. To prawda, że większość dziewczyn uważała go za zniewalająco przystojnego chłopaka, ale zupełnie nie był w moim typie. Miał ciemną karnację, trochę przydługie jak dla mnie włosy i zbyt umięśnione ciało.
-Może i tak, ale tańczyć to on nie potrafi.- wzdrygnęłam się przypominając sobie te szalone ruchy, które wykonywał wokół mnie.
-Nikt nie jest idealny.- westchnęła ruda.- A tak poza tym to Blair znowu chodzi nadymana jak paw.- mruknęła ze złością.
-Rosie daj sobie już spokój z tą dziewczyną...
-Podobno Malfoy zaprosił ją na jakąś wielką randkę w przerwę świąteczną...-prychnęła wściekła. 
-Co?!- krzyknęłam czym zasłużyłam sobie na podejrzane spojrzenia obu dziewczyn.
-Na jakiś bal czy coś- Rose wzruszyła ramionami- mówiła o tym w łazience jakimś dziewczynom, ale mogę się założyć, że mówiła to tak głośno, aby mieć pewność,że to usłyszę.
-Rosie opanuj się, przecież to Ciebie w żaden sposób nie dotyczy.- Cornie przewróciła oczami, a ja powoli pogrążałam się we własnych myślach. Z jakiegoś powodu ta wiadomość mnie wkurzyła. Nigdy nie chciałam umówić się ze Scorpiusem, nawet nie przeszło mi to przez myśl, ale poczułam się urażona. Ostatnio podkreślił, że ja jestem kimś w rodzaju kumpeli, a Blair najwidoczniej była dziewczyną, którą zabiera się na randki. Co ona takiego w sobie ma?
-Ale ta małpa znowu będzie się puszyła, że ma bogatego i popularnego chłopaka! Wkurza mnie, że zawsze musi być o niej głośno!- nachmurzyła się i założyła ręce.
Po chwili dołączyli do nas Leo i David. Zajęliśmy się jedzeniem wykwintnych dań, których nazw nie potrafiliśmy nawet powtórzyć. Rozmowa zeszła na luźne opowieści o poprzednich balach. W momencie kolejnej opowieści Rose, Cornie dyskretnie szepnęła mi do ucha, że Petro idzie w naszą stronę. Spanikowałam i pociągnęłam Davida z prośbą, aby ze mną zatańczył. Rose z Cornie wybuchnęły śmiechem widząc moją ucieczkę, ale najważniejsze, że nie musiałam tańczyć z tym zarozumiałym osiłkiem.
-Wszystko w porządku?- zapytał David. Tańczył naprawdę dobrze, ale z drugiej strony w porównaniu z Petrem każdy był dobrym tancerzem.
-Przepraszam, że tak Cię pociągnęłam, musiałam przed kimś uciec.- posłałam mu przepraszające spojrzenie na co chłopak roześmiał się przyjacielsko.
-Zawsze jestem do dyspozycji. Jak się bawisz?
-W sumie to dobrze, Krukoni się naprawdę postarali. To wszystko wygląda niesamowicie.- powiedziałam rozglądając się po pomieszczeniu.- A ty?
-Dawno nie bawiłem się lepiej, ale to akurat zasługa Twojej przyjaciółki.-rozpromienił się zerkając w stronę Cornie, która właśnie zaczęła tańczyć z Leo.
-Nigdy nie miałam okazji Ci powiedzieć jak bardzo się cieszę, że jesteście razem. Cornie zmieniła się pod Twoim wpływem.-David spojrzał na mnie z zaciekawieniem-To znaczy dalej jest tą dobroduszną Cornie, ale zrobiła się jakaś odważniejsza i jakby bardziej pewna siebie. To dobrze.- dodałam z uśmiechem widząc zdziwienie na twarzy przyjaciela.
-Mogę mieć do Ciebie prośbę?- zapytał.
Wytłumaczył mi, że kupił coś dla niej, ale nie jest pewny czy się jej spodoba. Obiecałam spotkać się z nim jutro rano i ocenić jego gust. 
Po paru minutach wróciłam do pustego stoliku.Od początku wieczora zerkałam na wielki śmietankowy tort, który nęcił mnie swoim wyglądem i postanowiłam w końcu go spróbować. Włożyłam sobie na talerz spory kawałek i zajęłam się jedzeniem. Z radością odkryłam, że w jego środku ukryte były truskawki.
-Co masz dobrego?- znienacka obok mnie usiadł Petro.
-Tort śmietankowy z truskawkami.- uśmiechnęłam się i włożyłam do ust kolejny kęs.
-Brzmi pysznie.- powiedział nienaturalnie niskim tonem patrząc mi prosto w oczy-Dostanę trochę?
-Eeeee, jasne.- mruknęłam zbita z tropu i podałam mu drugi talerzyk z kawałkiem ciasta.
-Nie do końca to miałem na myśli.- powiedział bardziej do siebie niż do mnie, zjadł dwa kęsy i odłożył talerzyk na bok.
-Nie smakuje Ci?
-W tej chwili większą ochotę mam na kolejny taniec z prześliczną Gryfonką.- puścił mi oczko.
-Jasne, ale za chwilę. Muszę dokończyć z tym tutaj.- zaśmiałam się sztucznie wskazując talerz. Po chwili uświadomiłam sobie, że w normalnej sytuacji nigdy nie wypowiedziałabym tak dziwnego zdania, ale poczułam się przyparta do muru. Chłopaka nie zraziła moja odpowiedź i najwyraźniej postanowił poczekać. W momencie gdy zaczął opowiadać o tym z jaką łatwością podnosi sztangę stwierdziłam, że już chyba wolę z nim zatańczyć i mieć spokój. Odstawiłam talerz i pozwoliłam po raz kolejny poprowadzić się na parkiet. Tym razem leciała wolna piosenka, co w sumie nie było takie złe. Przynajmniej Petro musiał zmniejszyć tempo, a tym samym zmniejszyła się szansa na bolesny upadek. Po skończonym tańcu oddaliłam się tłumacząc, że muszę skorzystać z toalety. Chłopak spoglądał na mnie gdy odchodziłam, więc naprawdę musiałam pójść do łazienki, aby nie wyszło, że to była jedynie wymówka. W łazience dwie młodsze o rok dziewczyny wypytywały mnie jak to jest tańczyć z Petrem i głośno wyrażały swój zachwyt jego osobą oraz zapewniały mnie, że jestem szczęściarą i chciałyby być na moim miejscu. Wydusiłam z siebie dwa słowa i zszokowana dzisiejszymi wydarzeniami wróciłam na salę obiecując sobie, że następnym razem zwyczajnie spławię tego chłopaka.


*      

Ustałam z boku i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Większość osób była pochłonięta tańcem. Uśmiechnęłam się sama do siebie dostrzegając jak Leo w tańcu przytula Rosie.
Po chwili mój wzrok przykuł Scorpius tańczący z Blair. Poruszali się z gracją po parkiecie i wyglądali tak dobrze, że nie mogłam oderwać od nich wzroku. Choć możliwe, że to od niego nie mogłam oderwać wzroku.
-Nie martw się, ona nic dla niego nie znaczy. Jest po prostu facetem i w gruncie rzeczy to nie jego wina, to natura. Oni wszyscy zachowują się jakby myśleli czymś innym niż głową.- podskoczyłam ze strachu słysząc tuż za sobą obcy, kobiecy głos. Odwróciłam się i zobaczyłam przyjaciółkę Scorpiusa.
-Lubisz podkradać się do obcych?- zapytałam chłodno. Delany mnie onieśmielała, a od zajścia w sowiarnii wydawała mi się wręcz przerażająca. Nie byłam pewna czy mam ochotę z nią rozmawiać. Wiedziałam jednak, że na pewno nie chcę rozmawiać z nią o Scorpiusie.
-Jesteś Natalie i wiem, że ty też wiesz kim jestem, więc nie można uznać nas za zupełnie obce sobie osoby. Poza tym nie musisz traktować mnie jak wroga.- westchnęła i przybrała ton jakby tłumaczyła coś małemu, niesfornemu dziecku.
-Niech Ci będzie.- mruknęłam-Nie rozumiem jednak czemu mi to wszytko mówisz. Scorpius i jego tłum rozhisteryzowanych fanek nie jest zbyt ciekawym tematem do rozmowy.- dodałam przebierając obojętny ton. Po chwili nawet zdałam się na przyjacielski uśmiech myśląc, że to doda wiarygodności moim słowom.
-Ale ja znam prawdę.- zaśmiała się. Wątpię, żeby zrobiła to złośliwie, ale i tak poczułam się urażona.
-Nie mam pojęcia o czym mówisz.- Robiłam się już zirytowana i pragnęłam zakończyć tę konwersację. Zawsze przy niej czułam się jak mała dziewczynka. Z jakiegoś powodu nie byłam przy niej sobą. Nie wiem czy to ze względu na jej wygląd, charyzmę czy samo to, że ot tak potrafiła krzyknąć na Jasmine.
-Możliwe, że faktycznie jest tak jak mówisz... Czyli dalsza rozmowa jest bez sensu, przynajmniej na razie. Choć jak teraz o tym myślę to ta rozmowa jednak spełniła swój cel..- uśmiechnęła się jakby nagle coś do niej dotarło.
-Czy oświecisz mnie w końcu o co Ci chodzi?- zapytałam zrezygnowana. Byłam już zmęczona jej towarzystwem i nawet nie wysilałam się na złośliwości.
-Już niedługo.- mruknęła z uśmiechem.
W tej samej chwili podszedł do nas Scorpius, a Delany bez żadnego wytłumaczenia odeszła w stronę grupy Ślizgonów.
-Rozmawiałaś z Delany?- zapytał zaskoczony.
-Ciężko nazwać to rozmową. Ona coś mówiła, ale nie do końca wiem o co jej chodziło.- wzruszyłam ramionami.
-No tak...- zaśmiał się jakby coś sobie przypomniał- Delany nie zawsze pamięta, że większość osób nie rozumuje w taki sam sposób jak ona.- uśmiechnął się i spojrzał w stronę Ślizgonki.
-Co masz na myśli?- ożywiłam się i też spojrzałam w stronę dziewczyny. Wyglądała zwyczajnie, przynajmniej w pewnym tego słowa znaczeniu. Była jednak ponadprzeciętnie piękna. Jej ciemnoczerwone, wręcz bordowe włosy stanowiły niezwykły kontrast z jasną, porcelanową cerą. Każdy jej ruch był niesamowicie płynny. Cała jej postawa kojarzyła się z prawdziwymi arystokratkami z minionych wieków.
-To długa i mało interesująca historia...- machnął ręką-Zatańczymy?-uśmiechnął się i pociągnął mnie za rękę.
-Chcesz tańczyć?- zapytałam zaskoczona.
-To zazwyczaj robi się na tego typu imprezach, no nie marudź Natalie.
Przyciągnął mnie do siebie i zaczęliśmy tańczyć.
-Teraz już rozumiem po co potrzebowałaś aż pięciu godzin. Wyglądasz przepięknie.- szepnął mi do ucha, a ja jedynie wybąknęłam ciche podziękowania.
-Czemu jesteś taka spięta?- mruknął.- Zamknij oczy i pozwól mi się prowadzić.
Zrobiłam jak mi kazał. Po chwili czułam jakbym płynęła po parkiecie. Zaczęłam zastanawiać się jak to możliwe, że on jest, aż tak wszechstronnie uzdolniony. Był członkiem drużyny Ślizgonów, mistrzem eliksirów, uzdolnionym tancerzem i sama już nie wiem kim jeszcze. Cholerny artystokrata- pomyślałam z przekąsem i poczułam jak coraz bardziej zatracam się w tańcu, a może w nim. Czy to możliwe, że w jakimś stopniu podoba mi Ślizgon? I to nie jakiś tam Ślizgon, tylko cholerny arystokrata Scorpius Malfoy.
Muzyka się skończyła i ponownie otworzyłam oczy. Chłopak wpatrywał się we mnie w milczeniu. Również nie mogłam oderwać wzroku od jego twarzy. Od jego nieskazitelnej cery, szarych oczu i ust, które zazwyczaj wygięte były w zawadiackim uśmiechu.
-Chcesz stąd wyjść?- zapytał szeptem i nie czekając na moją odpowiedź pociągnął mnie w stronę bocznych drzwi. Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy kompletnie ustały odgłosy dobiegające z Wielkiej Sali. Przystanęliśmy i nagle poczułam się nieswojo. Nie wiedziałam jak się zachować. Czułam,że serce wali mi jak oszalałe, a każda kolejna sekunda upływająca w martwej ciszy wprawiała mnie w coraz większą panikę. Scor natomiast stał wpatrując się we mnie, jakby gorączkowo nad czymś rozmyślał.
-Chyba powinniśmy...- nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo jego usta znalazły się przy moich. Musnął moje wargi i gwałtownie odsunął się na odległość dwóch metrów.
-Przepraszam, nie powinienem tego robić.- mruknął stojąc do mnie plecami. Dotknęłam palcami ust w miejscu, w którym przed chwilą były jego. W głowie mi szumiało, a serce już nawet nie biło, ono wręcz stanęło!
-Chyba jednak przepraszanie nie leży w mojej naturze...- powiedział i chwilę później znalazł się obok mnie. Przyparł mnie do ściany jednocześnie kładąc dłonie na mojej talii. Jego usta ponownie znalazły się przy moich, tylko tym razem Ślizgon nie zaprzestał na delikatnym i niewinnym pocałunku. Rozchyliłam wargi pozwalając mu się po raz kolejny tego wieczoru prowadzić. W tej sekundzie chłopak zawładnął moim ciałem i umysłem.
Po chwili usłyszeliśmy kroki i odskoczyliśmy od siebie w zawrotnym tempie. Stałam wpatrując się Scora próbując oswoić się z tym co przed chwilą zaszło.
Kroki należały do Dominica Notta i dwóch innych Ślizgonów, których nie znałam z imienia. Spojrzeli na mnie z odrazą, choć możliwe, że tylko to sobie wmówiłam.
-Scor? Co ty tu robisz z tą...-urwał na chwilę- Z tą Gryfonką?- uśmiechnął się sztucznie i włożył ręce do kieszeni spodni.
-Czyżbym coś pominął Nott?- Scor wyprostował się i zaczął mówić władczy tonem. Pierwszy raz widziałam go w roli zimnego Ślizgona i napawał mnie on lękiem. W każdym bądź razie nie przypominał chłopaka, który nazywał mnie per blondyna i żartował z moich zdolności do eliksirów.- Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek zobowiązywał Ci się do tłumaczenia z czegokolwiek. A w tej chwili radzę Ci zedrzeć z twarzy ten fałszywy uśmiech i spieprzać z stąd.
-Teraz to chyba ja coś pominąłem.- Dominic przestał się uśmiechać- Czy kiedykolwiek wyraziłem zgodę na to, abyś mną rządził i decydował gdzie mogę, a gdzie nie mogę być? – Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, choć to bardziej wyglądało na cichy pojedynek, pokaz siły.
-W każdym bądź razie ja wracam na bal.- powiedziałam na tyle głośno na ile byłam w stanie i ruszyłam w stronę Wielkiej Sali. To, że Scorpius mnie nie zatrzymywał, a wręcz nie zaszczycił mnie choćby jednym spojrzeniem prawie nie zabolało. Przynajmniej tak sobie wmawiałam.


*      

Skołowana wróciłam na bal. Rozejrzałam się próbując dostrzec którąś z moich przyjaciółek, ale w tłumie tańczących nie byłam wstanie ich zobaczyć. Westchnęłam i powlokłam się do stolika. Przysunęłam do siebie miskę z winogronami i w dość szybkim tempie wrzucałam do buzi kolejne owoce.
-Planujesz zostawić coś innym?- obok mnie pojawił się Petro, ale byłam tak pochłonięta myślami, że nie dostrzegłam jego obecności. Dopiero gdy powtórzył pytanie spojrzałam w jego stronę.
-Lubię owoce.-wzruszyłam ramionami.
Rozmawialiśmy przez parę minut o niczym. Chłopak pytał mnie o błahostki, a ja odpowiadałam monosylabami.
-Zatańczymy?- zapytał po chwili.
-A mógłbyś mi przynieść poncz migdałowy?- udałam, że nie usłyszałam jego pytania.-Stoi tam obok fontanny z lodami.- wskazałam ręką najbardziej oddaloną część sali od mojego stolika.
-Jasne, ale jesteś pewna, że istnieje poncz migdałowy?- spytał zdezorientowany.
-Ależ tak.- pokiwałam głową-jest pyszny, mówię Ci.- uśmiechnęłam się i po chwili pomachałam odchodzącemu chłopakowi. Zyskałam trochę czasu zanim zorientuje się, że wysłałam go po coś czego nie ma.
-LEO!- krzyknęłam na widok przechodzącego chłopaka. Gryfon spojrzał na mnie, po chwili odwrócił się w stronę parkietu i z niezadowoleniem powlókł się w moją stronę.
-Nat jestem teraz trochę zajęty i...- urwał, gdy gwałtownie pociągnęłam go na krzesło obok mnie tłumacząc, że potrzebuję jego towarzystwa.
-Ale Rose na mnie czeka i może się wściec, jak...
-Ja też mogę się wściec.-przerwałam mu.
-Ale ona...
-Przecież nie jest twoją dziewczyną!- rzuciłam przewracając oczami. Tego argumentu nie mógł odeprzeć nie zdradzając swojej tajemnicy. Co prawda otworzył na chwilę usta, ale zreflektował się, że i tak nie może nic powiedzieć.
-To fakt-westchnął- Co się dzieje, że każesz mi tu siedzieć?
-Zaraz wstaniemy, a ty odprowadzisz mnie do naszej wieży, dobrze?
-A ty nie masz własnych nóg?- zapytał zbity z tropu.
-Mam, ale muszę udawać, że coś mi się stało w nogę.- syknęłam ze złością. Byłam zła na siebie, Blair, Scor, Delany i tego idiotę Petra, więc warknęłam na Gryfona.
W tej samej chwili podeszła do nas Rosie. Wytłumaczyłam im, że mam dość nachalnego Petra i wolę wcześniej wrócić do dormitorium, poza tym i tak bal miał się nie długo kończyć. Streściłam im swój plan i czekałam na powrót Puchona.
Po raz ostatni tego wieczora poszłam zatańczyć z Petrem, ale już po paru sekundach udałam, że coś stało mi się w kostkę. Zgodnie z planem Rose i Leo chwycili mnie mnie z dwóch stron i wyprowadzili z pomieszczenia. Ostatni raz z nadzieją zerknęłam czy nie ma gdzieś Scorpiusa i ruszyłam w stronę dormitorium.