poniedziałek, 2 maja 2016

Bonus- Leo i Rose

Co prawda nie jest to główna historia, ale stwierdziłam, że warto to opisać. Poniższy tekst napisałam w godzinę bez żadnych poprawek, więc nie jest idealny. Nie planowałam go dodawać na bloga, ale w sumie czemu nie. Ta krótka historyjka była chwilą oderwania się od nauki do matury. Ps. Nie zapomnialam o was i cały czas myślę o blogu. Matury mam do 18 maja, więc zaraz po tym pojawi się właściwy rozdział.



Gdyby ktoś zechciał wskazać moment,w którym Leo i Rose zaczęli coś do siebie czuć musielibyśmy przenieść się parę lat wstecz. Ich wzajemna niechęć i ilość energii, którą wkładali na wymyślanie i przerzucanie się coraz nowszymi obelgami świadczyło o tym, że ta dwójka nie jest sobie obojętna. Jednak gdyby ktoś wtedy powiedział im, że parę lat później zostaną parą pewnie wybuchliby  śmiechem i posłali tego kogoś do Zakazanego Lasu.
Z czasem ich dogryzanie zmieniło charakter i cel. Nie próbowali siebie nawzajem zranić, a codzienne potyczki słowne były jedyne ich osobistym sposobem rozmowy. Nie twierdzę, że było to idealny i dojrzały sposób, ale oboje nie wyobrażali sobie bez tego życia. Wtedy nie rozumieli jeszcze, że to właśnie bez siebie nawzajem nie potrafią żyć.
Kolejnym uczuciem, które zrodziło się między tą dwójką była zazdrość. Moment, w którym Rose z chuderlawej dziewczyny o nieposkromionych włosach stała się kobietą o dojrzałych kształtach, którą zaczęli interesować się chłopcy był kolejnym przełomowym momentem w ich relacji. Leo bacznie obserwował wszystkich chłopaków, którzy chociaż ośmielili się zerknąć w stronę Rose. To działało również w drugą stronę. Leo był znany z zamiłowania do dużej ilości randek. Zazwyczaj umawiał się z drobnymi blondynkami o słodkim charakterze, które były zupełnym przeciwieństwem rudowłosej dziewczyny o dużym temperamencie i ostrym języku. Dlaczego to robił? Możliwe, że podświadomie chciał zdenerwować Rose. Jak już wspominałam nie zawsze zachowywali się dojrzale.
Tak minął im kolejny rok nauki podczas którego ta dwójka prześcigała się w złośliwych komentarzach, które najczęściej dotyczyły inteligencji (Rose twierdziła, że ta za każdym razem była zdawkowa, bo nikt o zdrowych zmysłach nie zgodziłby się umówić z Leo) dziewczyn, z którymi umawiał się chłopak i wyglądu "tych biednych nieszczęśników, których Rose jakimś cudem zmusiła do randki."

Obecny rok szkolny miał byc przełomowy dla tej dwójki i ich relacji, ale o tym po kolei.
Zapraszam Was wszystkich na bliższe poznanie Leo i Rose oraz o tym jak doszli do tego, że są w sobie szaleńczo zakochani.

Pierwszego września Rose jakimś cudem punktualnie zjawiła się na peronie i ze znudzeniem przyglądała się jak ten zapełniał się coraz większą liczbą osób. Jedynymi osobami, za którymi tak naprawdę tęskniła były Cornie i Natalie. Ta pierwsza była obecnie w pomieszczeniu dla prefektów, a druga prawdopodobnie przybędzie dopiero chwilę przed odjazdem pociągu. Dziewczyna coraz bardziej żałowała, że przyjechała tak wcześnie. Kilka metrów dalej stał Leo z Davidem i Jamesem komentując to jak zmieniły się dziewczyny po wakacjach. Oceniali ich opalenizne i wybierali, z którą powinni umówić się na początku. Po chwili Leo dostrzegł Rose, która co chwilę zerkała na zegarek marszcząc nos. Chłopak uśmiechnął się na ten widok i zupełnie ignorując paplaninę chłopaków podszedł do dziewczyny.
-No proszę kto wraca do Hogwartu...- zagadał zbliżając się do dziewczyny- Myślałem, że jesteś już taka mądra, że odpuścisz sobie szkołę.- wyszczerzył się w uśmiechu i nonszalancko wsadził ręce do kieszeni spodni. Kąciki ust dziewczyny uniosły się nieznacznie do góry. Widok Leo po dwóch miesiącach wakacji wywołał miłe uczucie w podbrzuszu, do czego nigdy by się nie przyznała.
-Za to nie mogę uwierzyć, że ty jesteś już na ostatnim roku. Przyznaj się, zbierałeś kieszonkowe przez cały rok, aby przepuścili do siódmej klasy, tak?- uśmiechnęła się słodko.
-Widzę, że jesteś dalej w formie...- mruknął z trudem powstrzymując się przed wybuchnięciem śmiechem.
-Tak, wypoczęłam i myślę, że mam dość sił, aby przetrwać z Tobą cały rok.- posłała mu triumfujący uśmiech ciesząc się, że to ona jest górą. Miała ochotę na dłuższą rozmowę, ale usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu. Spojrzała w stronę pociągu i dostrzegła Natalie, która machała w jej stronę.- Natalie mnie woła-westchnęła.- Do zobaczenia w szkole.-uśmiechnęła się i pognała w kierunku przyjaciółki.
-Do później rudzielcu.- krzyknął za nią, a ona mimowolnie uśmiechnęła się wyobrażając sobie ich kolejne spotkanie.

Leo siedział przed wieżą Gryfonów powtarzając po raz setny plan jutrzejszego meczu. Był to pierwszy mecz w tym roku i chłopak chciał pokazać się z jak najlepszej strony. W tym samym czasie Rose wracała z biblioteki. Od razu dostrzegła Leo i bez problemu poznała, że chłopak denerwuje się przed meczem. Co prawda nie lubiła quidditcha, ale tym razem nie miała zamiaru mu dokuczać, ani nabijać się z jego pasji. Widziała, że potrzebuje wsparcia i nie umiała przejść obok niego obojętnie. Usiadła obok niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
-Ja tylko powtarzam sobie taktykę.- powiedział  zerkając w podłogę.
-Mogę posłuchać?- zapytała go posyłając mu jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakimi dysponowała.
-Weasley, na Merlina, przecież Ciebie to nie interesuję...- zaśmiał się zerkając na dziewczynę.
-Ale to pomoże Ci się uspokoić i utrwalić w przekonaniu, że jesteś dobrze przygotowany.
Kolejne pół godziny upłynęło im na rozmowie o meczu. Co prawda to tylko Leo opowiadał analizując każdy z możliwych scenariuszy. Rose ograniczała się jedynie do kiwnięć głową i uśmiechów co było nieocenioną pomocą dla Leo.

Następnego dnia przy śniadaniu zachowywali się jakby ich wieczorna rozmowa nie miała miejsca.
-Jak możesz mówić, że to jest nudne?! Nie znam innego sportu, w którym dzieję się tak dużo. A zobaczyć dajmy na to zwód Wrońskiego na żywo to marzenie każdego!- Gryfon uparł się zmusić Rose do przyznania mu racji. Każdy inny już sobie dał z tym spokój i zaakceptował, że jest to niemożliwe, aby przekonać ją do tej gry.
-Zachowujesz się jakby istniał tylko quidditch, nie każdy musi być fanem bezsensownego latania na miotle. Poza tym wielka mi przyjemność dostać tłuczkiem… I na Merlina nie mam pojęcia czym jest zwód jakiegoś tam Wróblewskiego!
-WRÓBLEWSKIEGO? Dziewczyno…  Gdzie cię chowali? Mam wrażenie jakbym rozmawiał z mugolem...-ze zrezygnowaniem oparł się o stół. Rudowłosa Gryfonka rzuciła w niego jabłkiem, które w zaskakującym tempie podniosła z tacy. Chłopak jednak był równie szybki. Chwycił owoc w locie i skierował do buzi biorąc wielkiego gryza.
-Nie z moim refleksem takie numery.-zaśmiał się-może powinienem zostać szukającym… Co ty na to James?
-Jak Gryfonom znudzi się wygrywanie, to na pewno odstąpię ci moje miejsce-odpowiedział z drwiącym uśmiechem i podniósł się z ławki. Wszyscy przy stoliku wybuchli śmiechem. Rose zdążyła rzucić jeszcze jakąś kąśliwą uwagę, a po chwili cała drużyna wyszła z Wielkiej Sali.
Pierwszy wygrany mecz był hucznie świętowany w pokoju wspólnym. Rose planowała pogratulować dla Leo wygranego meczu, ale ten nie dał jej do tego żadnej możliwości. Cały wieczór spędził w towarzystwie pewnej blondynki. Rudowłosa dziewczyna nie chcąc dłużej na nich patrzeć poszła do swojego pokoju. Leo doskonale widział, w którym momencie Rose opuszcza imprezę, ale nie wiedział co może zrobić. Było mu jedynie przykro, że dziewczyna nie cieszy się ich zwycięstwem i nie wysiliła się nawet na krótkie gratulacje.

Po tym wieczorze ich wzajemne relacje się ochłodziły. Leo jeszcze parę razy spotkał się z dziewczyną z pokoju wspólnego, a Rose zaczęła umawiać się z Thomasem. Jednak za każdym razem, gdy się z nim spotykała irytowała się przesłodzonym tonem, którym się do niej zwraca i nie umiała znaleźć z nim żadnego ciekawego tematu do rozmów. Z braku lepszej alternatywy większość czasu spędzali na całowaniu, co zresztą również nie było takie jak wymarzyła sobie Gryfonka. Leo natomiast bardzo szybko zakończył znajomość z blondynką i odsyłał z kwitkiem każdą dziewczynę, która próbowała się z nim umówić. Któregoś dnia zaczarował nawet napój Thomasa, przez co jego nos powiększył się trzykrotnie. Nie przyznał się jednak do tego nawet przed Jamesem i Davidem, bo nie umiał wytłumaczyć dlaczego to zrobił. W tamtym momencie jeszcze nie rozumiał, że jest to zazdrość o ukochaną dziewczynę.
Rose równie szybko zakończyła znajomość z Thomasem i nie wdawała się w kolejne relacje z chłopakami. Prawdę mówiąc w tamtej chwili każdy z chłopaków, którzy do niej zagadywali wydawalsię jej nudny i zupełnie pozbawiony charakteru.

Kilka tygodni później ich relacje wróciły do wcześniejszego etapu. Przynajmniej tak im się na początku wydawało. Spotykali się w szóstkę na kremowym piwie i gawędzili o głupotach, wplatając w swoje wypowiedzi kąśliwe uwagi, które wywoływały jednak jedynie uśmiech na twarzy drugiej osoby.
Pewnego dnia Rose siedziała w pokoju wspólnym ze znudzeniem wpatrując się w widok za oknem. Nudziła się i narzekała na brak towarzystwa. Tego wieczoru Cornie znowu zaszyła się gdzieś z Davidem, a Natalie zniknęła nie wiadomo gdzie. Tego wieczoru siedziała ze Scorpiusem, ale Rose nie mogła o tym wiedzieć.
-Masz minę jakbyś planowała czyjeś morderstwo...- Leo wgramolił się na kanapę obok niej.
-Nudzę się...- mruknęła.
-A nie masz ochoty napisać mi wypracowania na transmutację?- zapytał z nadzieją w głosie.
-Jasne...-odpowiedziała. Chłopak z radością podał jej pergamin i wyjaśnił, o czym ma być praca.
-Ty sarkazmu nie wyczuwasz?- mruknęła rzucając w niego pergaminem- Chyba Cię do reszty pogrzało jeśli myślisz, że będę za ciebie odrabiała lekcję.
-Wiedziałem, że to byłoby za piękne...- zaśmiał się i odłożył kartkę na podłogę.
-Na kiedy masz to napisać?
-Na jutro.- ziewnął.
-Bierz się za pisanie- powiedziała dobitnie i podała mu kartkę.
-Jakoś brak mi motywacji.- wzruszył ramionami.
Dziewczyna spojrzała na niego jak na największego kretyna na Ziemi. Wiedziała, że chłopak się jedynie droczy i stara się wywołać u niej jakieś uczucia. Zdawała sobie sprawę, że powinna walnąć go czymś ciężkim i zagonić do pracy, ale miała słabość do jego uśmiechu.
-Pomogę Ci...- westchnęła.
-Rose Weasley wiesz, że cię kocham, prawda?- chłopak klasną w dłonie i pociągnął ją do swojego dormitorium. Pisanie wypracowania zajęło im dwie godziny. Prawdopodobnie wyrobiliby się szybciej, gdyby nie fakt, że Leo co chwilę odrywał ją od pracy głupimi żartami.

Trzy dni później Leo szukał Rose trzymając w jednej dłoni ocenione wypracowanie, a w drugiej bukiet stokrotek, które przed chwilą wyczarował. Chciał, aby to były tulipany, albo chociaż róże, ale nie mógł przypomnieć sobie zaklęcia. Dziewczynę udało mu się znaleźć dopiero w bibliotece. Udało mu się ją z niej wyciągnąć i pokierować w jakiś rzadko uczęszczany korytarz.
-Dziękuję za pomoc z transmutacją, a to dla ciebie- powiedział wyręczając jej bukiecik.
-Dlaczego stokrotki?- zaśmiała się zerkając na bukiet, w skład którego wchodziły kwiatki różnej długości i fioletowo-zielona wstążka, która zupełnie tam nie pasowała.
-Bo stokrotki są idealnym połączeniem delikatności, prostoty i dobrze mi się kojarzą. Przypominają mi ciebie- zamruczał zbliżając się do dziewczyny.
-Nic innego nie umiesz wyczarować, zgadłam?- Rose przewróciła oczami.
 -Wspominałem już kiedyś, że jesteś najmądrzejszą dziewczyną jaką znam?
-Wspominałam już kiedyś, że nie znam większego kretyna niż ciebie?- zaśmiała się zerkając z rozczuleniem na stokrotki. Z jakiegoś powodu nie mogła oderwać od nich wzroku i nawet ta dziwna wstążka dodawała im uroku.
-Przestań, przecież wiem, że uważasz mnie za szaleńczo przystojnego faceta i ledwo powstrzymujesz się przed rzuceniem się na mnie.- zaśmiał się, a Rose momentalnie zrobiła się czerwona.
-Chyba w Twoich snach...- przewróciła oczami.
-Taa, dokładnie to  w koszmarach.- pokiwał głową i pociągnął dziewczynę w stronę Wielkiej Sali tłumacząc, że jest już pora obiadowa.
Nie zdawali sobie sprawę, że oboje w tamtym momencie marzyli o pocałunku, a iście na obiad było na ostatnim miejscu na liście rzeczy, które chcieli teraz robić.


Rose miała dość tego dnia i pragnęła komuś się wygadać. Wpadła do swojego pokoju i z irytacją musiała przyznać, że ten jest pusty. Jak zwykle ich nie ma kiedy są potrzebne...-pomyślała ze złością. Z braku lepszej alternatywy poszła do dormitorium chłopaków mając chociaż nadzieję porozmawiać z Jamesem. Bez pukania weszła do pokoju chłopaków, w którym zastała jedynie Leo.
-Coś się stało Rosie?- Leo podszedł do niej w zaskakująco szybkim tempie. Tego dnia Gryfonka nie miała siły na przekomarzania, ani głupie dowcipy. Miała zły humor, dostała trolla z astronomii, a ta głupia Blair znowu jej dogryzła przy swoich koleżankach. Chłopak automatycznie ją przytulił i nie wypuścił jej z objęć przez dłuższą chwilę.
-Nie smuć się...- powiedział cicho głaszcząc ją po włosach.- Nie lubię jak jesteś smutna.
-Dziękuję...- wyszeptała po chwili odsuwając się od chłopaka.
-Za co?
-No za to...- kiwnęła głową- potrzebowałam tego- uśmiechnęła się zerkając na chłopaka. Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy, a potem chłopak zrobił to co powinien zrobić już dawno. Pocałował ją. Na początku zrobił to nieśmiało, bojąc się reakcji dziewczyny, ale ta przyciągnęła go bliżej siebie. Ich pierwszy pocałunek przerwał im dźwięk otwieranych drzwi. Odskoczyli od siebie zerkając nerwowo na drzwi.
-Cześć- David wszedł do środka.- Co tam Rose?
-Przyszłam pożyczyć książkę- krzyknęła i zgarniając pierwszy lepszy podręcznik wybiegła z pokoju.
David popatrzył ze zdziwieniem na przyjaciela.
-No co tam stary?- zagadał Leo nie mogąc przestać się uśmiechać.
-Wzięła mój podręcznik od zielarstwa, a jutro mam lekcje i muszę się uczyć.-jęknął.
-Nie bądź dzieckiem, weź mój.
-Ty nie chodzisz na zielarstwo baranie, a tym samym nie masz podręcznika...- westchnął siadając na łózku.
-Racja, to pożycz od Jamesa. Ja spadam do biblioteki. Pa- uśmiechnął się i wybiegł z pokoju.
-James też nie chodzi na zielarstwo!- krzyknął za chłopakiem, ale ten już go nie słyszał.

Następnego dnia Leo czekał w pokoju wspólnym, aż Rose wyjdzie z pokoju. Większość osób już dawno poszła na śniadanie, a ona nadal nie wychodziła z pokoju.
-Idziesz Leo?- zapytał James majstrując przy swoim krawacie.
-Nie, poczekam jeszcze trochę.- mruknął i rozsiadł się w fotelu.
-Na co?
-Na dzień, w którym nauczysz się wiązać krawat.
-Walić to- mruknął James zdejmując krawat- idę bez, najwyżej zarobię kolejny szlaban...- warknął wychodząc z pomieszczenia. Po chwili z dormitorium dziewczyn wybiegła zdyszana Rose.
Leo wstał z fotela i stanął przed dziewczyną.
-Cześć Rose.- uśmiechnął się- mam do Ciebie pewną sprawę, którą musimy od razu obgadać.- powiedział i wziął ją za rękę. Dziewczyna bez sprzeciwu pozwoliła poprowadzić się do pokoju Gryfona. Gdy tylko zamknęli za sobą drzwi doskoczyli do siebie kontynuując to, co przerwał im zeszłego dnia David.
-Co my robimy?- zapytała Rose odsuwając się od chłopaka.
-Całujemy...- mruknął chłopak.
-No przecież wiem, że nie latamy na miotle...-przewróciła oczami.- Pytam dlaczego to robimy?
-Podobasz mi się rudzielcu. I to cholernie, uwielbiam twój zadziorny charakter i sposób w jaki na mnie patrzysz. I dobrze wiem, że ja też nie jestem Ci obojętny.- uśmiechnął się przygryzając wargę.
Rose mimowolnie się uśmiechnęła i przyciągnęła chłopaka obdarzając go kolejnym pocałunkiem.
-Ale to będzie na razie nasza tajemnica, dobrze?- spojrzała na niego z powaga.
-I to cholernie słodka tajemnica...- uśmiechnął się i ponownie pocałował dziewczynę.

środa, 2 marca 2016

Rozdział 23

Tylko dwa dni spóźnienia! Musicie przyznać, że jak na mnie to i tak całkiem nieźle ;)
Miłego czytania robaczki!


-Zaraz mnie udusisz...- wydyszałam próbując wyswobodzić się z uścisku mojej mamy.
-Przepraszam...- westchnęła ściskając mnie jeszcze mocniej niż przed chwilą- Nie lubię się z Tobą żegnać.
Poczułam, że zaraz eksplodują mi wszystkie narządy wewnętrzne, ale nie dałam rady wypowiedzieć żadnego słowa. W tamtej chwili naprawdę zaczęłam wierzyć, że można zginąć od zbyt mocnego uścisku.  Na ratunek przybył mi tata odciągając mamę i tłumacząc jej, że są już spóźnieni do pracy.
-Pisz przynajmniej raz w tygodniu.-powiedziała przyglądając mi się z rozczuleniem. Z jakiegoś powodu moja mama za każdym razem, gdy odprowadzała mnie na pociąg zachowywała się jakbyśmy miały się już nigdy więcej nie zobaczyć. Pokiwałam głową chcąc coś powiedzieć, ale nie dopuściła mnie do głosu. Wypowiedziała jeszcze parę zdań typu "bądź grzeczna", "nie siedź po nocy", "odżywiaj się zdrowo" i pozwoliła poprowadzić się tacie ku wyjściu z peronu. Stałam jeszcze przez chwilę w tym samym miejscu, machając do rodziców za każdym razem, gdy mama odwracała się w moją stronę. Po upewnieniu się, że przeszli już przez ścianę i szansa na ich powrót jest niewielka, pchnęłam kufer rozglądając się po peronie za przyjaciółmi. Przeciskałam się między kolejnymi grupkami uczniów wyglądając charakterystycznej, rudej czupryny. Przez te wszystkie lata nauczyłam się, że to właśnie dzięki wyróżniającej się barwie włosów Rose najłatwiej zlokalizować całą grupę. Przystanęłam na chwilę i wykonałam obrót wokół własnej osi chcąc uchwycić wzrokiem cały peron.
Niedaleko mnie dostrzegłam znudzonego Scorpiusa stojącego z całą bandą Ślizgonów. Stanęłam jak wryta przyglądając się chłopakowi. Mimo danych sobie wcześniej obietnic nie potrafiłam wyrzucić go z pamięci.
Scor wyglądał tak jak zawsze- perfekcyjnie. Miał starannie ułożone włosy i w odróżnieniu od całej reszty wyglądał świeżo i wypoczęto. Większość uczniów stojących na peronie wyglądała jakby ktoś siłą wyciągnął ich z łóżka, kazał założyć pierwsze lepsze ubrania i w pośpiechu wyrzucił na dworzec. On wyglądał inaczej. Był ubrany na sportowo, ale nawet w szarych dresach, białej koszulce i rozpiętej, sportowej kurtce miał więcej klasy niż większość chłopców w wyjściowych szatach. Po chwili zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu widzę go w dresach. Jak to możliwe, że nawet w tym wyglądał dobrze?
Musiał poczuć na sobie mój wzrok, bo spojrzał w moją stronę. Obdarzył mnie obojętnym spojrzeniem jakim zaszczyca się mijające osoby na ulicy i leniwie przeniósł wzrok na swoich znajomych. Jak gdyby nic przyciągnął do siebie Jasmine i obejmując ją w pasie zajął się rozmową z Nottem i  Zabinim. Ślizgonka przez chwilę wyglądała na zdziwioną, ale bez sprzeciwu pozwalała się obmacywać. Rozejrzała się z dumą po peronie, jakby chciała się upewnić, że wszyscy to zobaczą. Nasz wzrok się skrzyżował, a dziewczyna z wyniosłym uśmiechem posłała mi spojrzenie mówiące "wygrałam' i jeszcze mocniej wtuliła się w Scorpiusa.
Poczułam ogarniającą mnie falę złości, która po chwili ustąpiła, a na jej miejscu pojawił się smutek. Nie mogłam okłamywać siebie dłużej, że potrafię zachowywać się jakby nie istniał. Czy tego chciałam czy nie, musiałam pogodzić się z myślą, że zakochałam się w największym dupku chodzącym korytarzami Hogwartu. Obiecałam sobie jednak, że nie dam mu satysfakcji i nie pokażę, jak bardzo boli mnie jego zachowanie.
-Hej mała!- krzyknął James, wyskakując za moich pleców i chwytając mój kufer- Zobaczyłem Cię przez okno pociągu. Zajęliśmy już przedział.- oznajmił i pociągnął mnie w stronę pociągu. Pomógł mi wejść do środka i wskazał ręką, w którą stronę mam się kierować.
Weszliśmy do naszego przedziału, a rozmowa, która była tu przed chwilą głośno prowadzona nagle ucichła. Nie trzeba było być mistrzem legilimencji, aby domyślić się o czym rozmawiali. Gdyby jednak ktoś miał z tym problem rozbawione spojrzenie Leo na mnie, a następnie na Jamesa wyjaśniało wszystko.
-No co tam mała?- zapytał Leo puszczając mi oczko. Przewróciłam oczami i usiadłam obok Rose, dosłownie wypychając przy tym niezadowolonego chłopaka. Uniemożliwienie siedzenia mu ze swoją dziewczyną było moją niezbyt dojrzałą zemstą.
 Po chwili zapanowała niezręczna cisza. Przynajmniej dla mnie była niezręczna, Leo wyglądał jakby się dobrze bawił, więc było tylko czekać aż zacznie opowiadać jakieś głupie żarty z podtekstem. W tej chwili zaczynałam rozumieć dlaczego Rose woli ukrywać swój związek. W tak małym gronie nie można było przejść obok czegoś takiego obojętnie. To był kolejny powód przez który nie powinnam w tym momencie umawiać się z Jamesem. To mogłoby wszystko pokomplikować.
 Miałam wrażenie, że wszyscy tu zgromadzeni już dawno wiedzieli o naszej rozmowie i pocałunku. Przelotnie spojrzałam na Jamesa, a jego mina zdradzała, że również o tym myśli. Co prawda nie wyglądał na aż tak zakłopotanego jak ja, ale to był przecież James, a go chyba nic nie jest w stanie wybić z równowagi czy zawstydzić.
 Na szczęście David zaczął opowiadać o wyjeździe wraz ze swoją rodziną i Cornie w góry, więc Leo skończył się wpatrywać na przemian we mnie i Jamesa z podejrzanie wesołą miną.
Nie mam pewności o czym dalej rozmawiali, bo myślami powróciłam do widoku Scorpiusa z Jasmine. Byłam zła na siebie, że rozmyślam o tym kretynie, ale nie mogłam nic na to poradzić. Nie rozumiałam tylko dlaczego przytulał Jasmine. Tuż przed świętami był przecież umówiony z Blair, którą swoją drogą uważał chyba za ósmy cud świata. Najwidoczniej ten arystokrata nie potrafi poświęcać swojej uwagi jednej dziewczynie dłużej niż kilka dni.
-Wszystko w porządku Natalie?- Cornie wpatrywała się we mnie ze zmartwioną miną.
-Tak, wszystko dobrze...-odparłam wyrywając się z otępienia. Wysiliłam się nawet na blady uśmiech.
-Moja babcia powtarza, że jak człowiek co chwilę traci kontakt z otoczeniem to prawdopodobnie jest zakochany!- wtrącił z rozbawieniem Leo. Rose cicho zachichotała na jego uwagę, a James zaczął gorączkowo wpatrywać się w swój zegarek. Przez jego twarz przeszedł chyba też cień uśmiechu, ale możliwe, że tylko mi się to przewidziało.
-Przestań się szczerzyć..- warknęłam zaplatając ręce. Leo wybuchnął jedynie śmiechem i podstawił mi pod nos torbę ze słodyczami. Chwyciłam z niej czekoladową żabę i nawet nie zerkając na kartę, odgryzłam jej głowę.
Kolejne pół godziny przebiegło dość spokojnie, możliwe, że zasługą tego był fakt, że Leo zasnął, a pozostali zajęli się własnymi sprawami.
-Muszę iść do przedziału prefektów- powiedziała Cornie zerkając na swój zegarek- do zobaczenia później.- pocałowała Davida w policzek i wstała z miejsca. Mruknęłam, że idę do łazienki i wyszłam razem z ciemnowłosą dziewczyną na długi korytarz.
-Na pewno wszystko w porządku?- zapytała ponownie przyglądając mi się z troską. Kiwnęłam głową mówiąc, że nie ma o co się martwić i miałam już odchodzić do łazienki, gdy na palcu dziewczyny dostrzegłam pierścionek od Davida. Uśmiechnęłam się mimowolnie na wspomnienie rozmowy z chłopakiem i to, jak podkreślał, że "Cornie to ta jedyna".
-Bardzo ładny pierścionek!- dodałam trącając jej ramię.
-Ładna bransoletka!- zaśmiała się i widząc moje zaskoczenie, wyjaśniła, że wie już o wszystkim od Rose.
-Nie wiem co mam robić Cornie...- westchnęłam chowając ręce do kieszeni bluzy. Gryfonka posłała mi swój jeden z najcieplejszych uśmiechów i powiedziała, żebym nie robiła niczego na siłę, ani na przekór sobie. Dodała, że jeszcze wrócimy do rozmowy, a teraz musi biec na spotkanie prefektów. Poczekałam, aż przejdzie do kolejnego wagonu i potruchtałam w stronę łazienek.

                                                                                *         
Po wyjściu z łazienki praktycznie wpadłam na stojącą tam osobę. Petro stał oparty o ściankę dzielącą korytarz od jakiegoś przedziału i wpatrywał się we mnie z dziwnym uśmiechem. Nienaturalnie niskim głosem, który miałam okazję usłyszeć już na balu pochwalił moją nową fryzurę i nie czekając na moją odpowiedź zapytał o moje święta. Byłam tak zdezorientowana naszym spotkaniem pod damską toaletą, że udało mi się jedynie skleić parę słów w mało wyczerpującą odpowiedź. Odniosłam wrażenie, że Petro  na mnie czekał, a to było już na tyle dziwne, że pragnęłam znaleźć się jak najdalej od niego. Spróbowałam go wyminąć, ale zagrodził mi drogę.
-Świetnie bawiliśmy się razem na balu i myślę, że powinniśmy to powtórzyć w Hogsmeade. Najbliższa sobota Ci pasuje?- zapytał nonszalancko. Był tak pewny siebie, że nie brał pod uwagi, że jakakolwiek dziewczyna byłaby w stanie mu odmówić. Mruknęłam, że mam inne plany i szybko wyminęłam chłopaka.
-Wiem w co grasz!- krzyknął za mną- Dziewczyny lubią udawać niedostępne!- dodał przekonany o swojej inteligencji, a ja zaczęłam się zastanawiać jak można być tak zadufanym i zakochanym w sobie palantem.  W pośpiechu wróciłam do przedziału, marząc jedynie o znalezieniu się w swoim dormitorium.

                                                                             *        

Pierwszego dnia szkoły obudziłam się zgrzytając zębami z zimna. Było tak chłodno, że samo podniesienie się z łóżka było ogromnym wyzwaniem i dosłownie graniczyło z cudem. Po paru nieudanych próbach zebrałam resztki silnej woli i wyskoczyłam z łóżka. Sprawnym ruchem zerwałam jeszcze kołdrę z Rose i Cornie, zmuszając je tym samym do wstania. Rose rzuciła we mnie paroma niezbyt miłymi przymiotnikami, ale przynajmniej się szybko zebrała i parę minut później byłyśmy gotowe do zejścia na śniadanie.
Po drodze do Wielkiej Sali spotkałyśmy wiele osób, których dawno nie widziałyśmy, więc dojście na śniadanie zajęło nam dwa razy dłużej niż zwykle. W pewnym momencie minęłyśmy nawet Blair, ale próbowałam o niej nie myśleć. Rose ożywiła się chcąc opowiedzieć jakieś najnowsze plotki z jej udziałem, ale nie miałam ochoty o niej słuchać, więc nie zwracając uwagi na dziewczyny przyśpieszyłam i zajęłam się rozmową z Trisch, Krukonką z tego samego rocznika.
W Wielkiej Sali usiadłam obok Jamesa i nałożyłam sobie na talerz gorącą owsiankę. Zajęliśmy się rozmową o najnowszej tiarze profesor Cassiopei, który był tak spiczasty, że profesor Prince siedzący obok niej musiał uważać, aby nim nie dostać po głowie. Co chwilę wybuchałam śmiechem na coraz  zabawniejsze porównania chłopaka. Poczułam, że ktoś mnie obserwuje, więc podniosłam wzrok. Scorpius siedzący przy stole Slizgonów gwałtownie odwrócił wzrok udając, że przegląda jakąś książkę. Parę miejsc dalej siedziała Jasmine wpatrując się we mnie ze złością. Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem. Nagle dziewczyna podniosła się z ławki i ze złością ruszyła do drzwi.
-Musimy już iść...- Cornie pociągnęła mnie za rękę. Myśląc o Jasmine poszłam na pierwszą lekcję po świętach, którą niestety były eliksiry.
Na lekcji byłam tak roztargniona, że nie musiałam długo czekać na konsekwencje.
Pomyliłam fiolki, a mój eliksir wybuchnął plamiąc mi całą szatę, buzię i włosy. Z rozpaczą popatrzyłam na Cornie, która jeszcze zanim zdążyłam się odezwać dobiegła do mnie z pomocą. Za pomocą różdżki oczyściła mi szatę i doprowadziła moje włosy do porządku. Jednak moje najnowsze kosmetyki, które dostałam od rodziców na święta były odporne na działanie wszelkiej magii i makijażu nie udało się jej uratować. Szkoda, że nie były odporne na eliksiry.- pomyślałam ze złością wiedząc, że po lekcji będę musiała udać się do łazienki i naprawić to w mugolski sposób. Równo z dzwonkiem wybiegłam z klasy i pognałam do najbliższej łazienki. Wyjęłam z torby niewielką kosmetyczkę i w pośpiechu poprawiałam makijaż.
-Naprawdę łudzisz się, że coś Ci to pomoże.- usłyszałam za sobą złośliwy głos, który mógł należeć do tylko jednej osoby.
-Nie mam nastroju na Twoją głupią osobę Jasmine...- powiedziałam przez zęby nie przerywając nakładania podkładu.
-Wyglądasz żałośnie.- powiedziała słodkim głosem i stanęła tuż za mną, tak, że bez problemu widziałam jej odbcie w lustrze. Patrzyła na mnie ze złością i miałam wrażenie, że musi naprawdę wkładać dużo wysiłku, aby grać tylko i wyłącznie wredną dziewczynę, która bez powodu naśmiewa się z innej. Ona z jakiegoś powodu mnie nienawidziła i zapewne dla relaksu wyobrażała sobie moją śmierć na milion sposobów. Nie potrafiłam jednak zrozumieć skąd jej wrogość. Nawet jeśli kiedyś podejrzewała, że jest coś między mną i Scorpiusem zajście na peronie powinno jej uświadomić, że była w błędzie.
Wzięłam głęboki wdech i powtarzając sobie w duchu, że nie mogę dać się jej sprowokować pozbierałam swoje rzeczy. Równie słodko życzyłam jej miłego dnia i skierowałam się do wyjścia.
-Mówiłam Ci, żebyś nigdy nie wyciągała łapsk po to, co ślizgońskie.- powiedziała powoli akcentując każde słowo.- Pamiętaj, że jesteś nikim.
-Uwierz mi, że gardzę wszystkim co ślizgońskie.- uśmiechnęłam się smutno i wyszłam z łazienki pozostawiając zdezorientowaną dziewczynę.

                                                                          *        

Kolejne dni upływały na odrabianiu stert prac domowych i wysłuchiwaniu nauczycieli, że "święta już dawno się skończyły, więc czas brać się do ciężkiej pracy". Praktycznie każdego dnia odwiedzałyśmy z dziewczynami bibliotekę i wychodziłyśmy ze stosem książek. Rose narzekała coraz bardziej, że jeśli nic się nie zmieni to nie będziemy miały nawet czasu na sen. Mi pasowało te szaleńcze tempo. Byłam tak zajęta, że praktycznie nie miałam czasu rozmyślać o Scorpiusie, a wszystkie rozmowy jakie prowadziłam z Jamesem odbywały się w Wielkiej Sali lub zatłoczonym pokoju wspólnym, więc nie było nawet mowy o przeprowadzeniu poważnej rozmowy. Wiedziałam jednak, że nie powinnam trzymać go dłużej w niepewności. Próbowałam ułożyć sobie w głowie tysiące scenariuszy, jak powinnam postąpić, ale żaden nie wydawał mi się na tyle dobry, aby wcielić go w życie. Czułam coś do Jamesa, ale to nie jego wzroku szukałam w Wielkiej Sali. Podświadomie co chwilę zerkałam na Scorpiusa zastanawiając się, w którym momencie stał się dla mnie tak ważny. Przez większość czasu traktowałam go jak przyjaciela, a nagle wszystko się zmieniło. Choć z drugiej strony nie powinnam więcej nad tym rozmyślać. Scorpius nie był mną zainteresowany i powinnam się z tym pogodzić. Coraz częściej żałowałam, że ten zarozumiały Ślizgon pojawił się w moim życiu. To on stał mi na drodze do szczęścia z jednym z najcudowniejszych chłopaków jakich znałam. James był inteligentny, dobry, troskliwy i rozumiał mnie praktycznie bez słów. Czułam się dobrze w jego towarzystwie, ale zdawałam sobie sprawę, że nie mogę z nim być dopóki ostatecznie nie wyleczę się ze Scorpiusa. To nie byłoby wobec niego fair, dlatego próbowałam zwlekać z naszą rozmową tak długo, jak tylko jest to możliwe.
 Do nowych obowiązków musiałam również zaliczyć chowanie się przed Petrem, który w magiczny sposób pojawiał się za każdym razem, gdy szłam sama korytarzem. Po którymś razie próbowałam powiedzieć mu dosadnie, że nasze spotkanie nie jest dobrym pomysłem, ale on i tak nie przyjął tego do wiadomości. Dla świętego spokoju nauczyłam się go unikać i nie zostawiać mu żadnych możliwości do rozmowy. Miałam nadzieję, że szybko mu się to znudzi i swoje zainteresowanie skieruje na inną dziewczyną. Jednak najwidoczniej im bardziej go ignorowałam, tym bardziej on próbował. Rose stwierdziła nawet, że najszybszym sposobem na pozbycie się tego natręta jest pójście z nim na randkę. Odrzuciłam jednak ten pomysł, tłumacząc, że wolałabym do końca życia ukrywać się w lochach niż spędzić z nim wspólne popołudnie.

                                                                            *        

Od paru minut leżałam w łóżku z zamkniętymi oczami wsłuchując się w równomierne oddechy dziewczyn. Było tak zimno, że nawet leżąc pod grubą kołdrą nie mogłam powstrzymać dzwonienia zębami. Próbowałam zasnąć wiedząc, że po dwóch wyczerpujących tygodniach mam w końcu wolniejszą sobotę. Po kolejnym przewróceniu się z boku na bok dałam za wygraną.  Policzyłam do trzech i szybkich ruchem zerwałam się z łóżka. W ułamku sekundy znalazłam się w łóżku Rose gramoląc się pod jej nagrzaną kołdrę.
-Nie mogłabyś choć raz dla odmiany obudzić Cornie?- mruknęła przecierając oczy i posuwając się na bok.
-Jej łóżko jest dalej...- mruknęłam przykrywając się szczelniej i wtulając w dziewczynę.
-Następnym razem Cię nie wpuszczę.- powiedziała z powagą, a po chwili wybuchła śmiechem. Jej śmiech obudził Cornie, która widząc leżące nas w jednym łóżku, opuściła swoje i dołączyła do nas.
-I tak za każdym razem...- narzekała Rose ziewając co chwilę.
-Co wy na to, abyśmy przeleżały tak do wieczora?- zapytała ciemnowłosa Gryfonka biorąc przykład z Rose i również ziewając.
-Nie mam lepszych planów...- mruknęłam nie otwierając oczu.
 -Czy ja wiem... Mogłabyś... No nie wiem... Pogadać w końcu z Jamesem!- Otworzyłam oczy. Rose patrzyła na mnie z zaciętą miną. Wiedziałam, że ma rację, ale nie miałam na to odwagi. Nie byłam gotowa na dojrzałą rozmowę.
-Nie, ponieważ nie za bardzo wiem co miałabym mu powiedzieć.- powiedziałam zgodnie z prawdą.
-Czegoś nie rozumiem...- Cornie oparła się na łokciach-przecież on od zawsze Ci się podobał.
-Dokładnie Natie, po prostu powiedz mu, że go kochasz czy coś w tym stylu i jakoś pójdzie.- dodała dobitnie Rose myśląc, że problemem jest moja nieśmiałość lub nieumiejętność wyznawania miłości. Jednak to nie w tym był problem. Problemem był fakt, że jestem zakochana w dwóch osobach jednocześnie.
-No właśnie, nie jestem tego do końca pewna...- mruknęłam chowając twarz w poduszkę.
-Nie mów, że spodobał Ci się ten przygłup Petro!
-Nie Rose, nie podoba mi się żaden Petro, ale to trochę bardziej skomplikowane.
Dziewczyny próbowały mnie zmusić do jakichkolwiek wyjaśnień, ale wiedziałam, że to nie im się one należą.
 Zerwałam się z łóżka oznajmiając, że czy tego chcę czy nie chcę muszę porozmawiać z Jamesem. Bojąc się, że się rozmyślę ubrałam się w pośpiechu i poszłam do dormitorium chłopców.
Pod drzwiami do jego pokoju próbowałam zaplanować co powinnam powiedzieć. Stałam przez parę minut bez ruchu zastanawiając się jak ubrać w słowa swoje uczucia. Nie wpadłam na nic mądrego, więc postanowiłam zrobić kolejne podejście do tej rozmowy za jakiś czas. Tłumaczyłam sobie, że potrzebuje jedynie więcej czasu i powinnam to jeszcze raz na spokojnie przemyśleć. Miałam już puścić się biegiem, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłam się i dostrzegłam Jamesa uśmiechającego się do mnie promiennie. Był ideałem. Był przystojny, inteligentny, zabawny i dobrze czułam się w jego towarzystwie. Jednak myśląc o tym wszystkim automatycznie zaczynałam myśleć o tym kretynie Scorpiusie.
-Coś się stało?- zapytał uważnie mi się przyglądając. Możliwe, że wyglądałam na spanikowaną. Jakimś cudem udało mi się wyjąkać, że musimy porozmawiać. Chłopak kiwnął głową i oznajmił, że zna miejsce gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał.
W ciszy dotarliśmy do niewielkiej, opuszczonej klasy mieszczącej się na końcu korytarza. Usiedliśmy na zakurzonej ławce, którą James oczyścił jednym machnięciem różdżki.
-O czym chciałaś porozmawiać?- zapytał. Nie za bardzo wiedziałam jak zacząć, więc wzruszyłam jedynie ramionami i wlepiłam wzrok w swoje buty.
-W porządku- zaśmiał się przyjacielsko- Wolisz, abym to ja zaczął?
Kiwnęłam jedynie głową ciesząc się z jego propozycji.
-Zależy mi na Tobie.- powiedział, a ja spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Podejrzewałam, że nie jestem mu obojętna, ale co innego o tym myśleć, a usłyszeć to prosto w oczy-I to cholernie Natalie. Nie wiem kiedy to się stało, ale nagle stałaś się jedną z najważniejszych części  mojego życia. Może nawet najważniejszą. W każdym bądź razie doścignęłaś quiditch.- puścił mi oczko, a ja wybuchłam śmiechem. Byłam mu wdzięczna, że potrafi rozładować napięcie nawet w takiej chwili- Boję się tylko, że dzięki mojemu dotychczasowemu zachowaniu wszystko spieprzyłem.-dodał z powagą.
-Ty też jesteś dla mnie bardzo ważny.- zaczęłam starannie dobierając każde słowo- I jeszcze niedawno po usłyszeniu czegoś takiego prawdopodobnie zemdlałabym ze szczęścia- również spróbowałam zażartować, ale w moim wypadku wyszło to dość żałośnie-ale moje uczucia trochę się pokomplikowały i w tej chwili nie jestem do końca pewna tego co czuję. Potrzebuję trochę czasu na poukładaniu sobie paru rzeczy.
-Rozumiem-kiwnął głową-nie mogę mieć o to pretensji. Poza tym to nie znaczy, że definitywnie dajesz mi kosza.-zaśmiał się.
-Na Merlina, James, czemu nie powiedziałeś mi tego wszystkiego miesiąc temu?- westchnęłam zdając sobie sprawę jakim cudownym chłopakiem jest James.
-Przepraszam mała, jestem idiotą.-mruknął i objął mnie, kładąc swoją dłoń na moim ramieniu. Przytuliłam się do jego torsu i wsłuchałam się w bicie jego serca. Ono zdradzało jak bardzo się denerwował. Po chwili zdałam sobie sprawę, że moje bije w podobnym tempie. Rozkoszowałam się zapachem jego perfum i obserwowałam jak jego serce zwalnia, aż do momentu, gdy zaczęło bić w normalnym tempie. Nie miałam w tej chwili ochoty na żadną rozmowę, a James najwidoczniej to wiedział. Od jakiegoś czasu coraz częściej odnosiłam wrażenie, że chłopak rozumie mnie bez zbędnych słów.
-Musimy iść, jeśli chcemy załapać się na końcówkę śniadania.- powiedział po dłuższej chwili. Niechętnie oderwałam się od jego klatki. Chłopak pomógł mi wstać i nie puszczając mojej ręki poprowadził mnie do Wielkiej Sali.

                                                                         *        

-Mam dość!- jęknęła Rose z hukiem zamykając książkę. Kilka osób siedzących przy kominku spojrzało na nią z zaciekawieniem, ale posłała im tak lodowate spojrzenie, że w ułamku sekundy schowali nosy w swoich książkach i nie śmiali już więcej się jej narażać. Z rozbawieniem przyglądałam się jak dziewczyna po chwili ponownie otwiera książkę i marudząc wraca do pisania referatu na transmutacje.
-Mądra decyzja.- zaświergotała Cornie nie odrywając wzroku od stosu pergaminów.
Przez chwilę przyglądałam się Rosie i jej pełnym niezadowolenia minom. Wyglądała zabawnie wydymając usta i spoglądając ze złością na podręczniki, jakby były winne, że musi spędzać kolejny wieczór w ich towarzystwie. Przeniosłam wzrok na Cornie, która w oszałamiająco szybkim tempie zapisywała swój pergamin przeliczając co chwilę coś na palcach. Z rozżaleniem spojrzałam na swój pergamin, na którym widniało na razie jedynie moje nazwisko i temat pracy. Westchnęłam i bez entuzjazmu zajęłam się czytaniem o ruchu planet. 
Miałam zacząć pisać wstęp pracy o położeniu planet podczas przesilenia zimowego,gdy mój wzrok przykuł James i Leo sunący w naszą stronę ze zmarnowanymi minami i w brudnych szatach.
-Co zrobiliście tym razem?- zapytałam chłopców. Po tylu latach znajomości bez problemu domyśliłam się, że udało im się zarobić kolejny szlaban.
-Szkoda gadać...- James machnął ręką i ze zrezygnowaniem usiadł obok mnie.
-W sumie nic takiego, szlaban będzie trwał tylko 2 tygodnie.- dodał Leo uśmiechając się blado.
-Czy ty nigdy nie dorośniesz?!- wrzasnęła Rose, a Cornie, która siedziała najbliżej aż podskoczyła ze strachu.- Masz już siedemnaście lat, zaraz kończysz szkołę, a wiecznie ładujesz się w jakieś idiotyczne sytuację. Przypomnij mi choć jeden miesiąc, w którym nie dostałeś żadnego szlabanu! Ostatnio o tym rozmawialiśmy i obiecałeś się pilnować. Czy to aż tak wiele?- warknęła, a coraz więcej osób z zaciekawieniem spoglądało w jej stronę.
-Przepraszam rudzielcu...- zaczął James. Wyglądał na zdziwionego aż tak mocną reakcją swojej siostry- Obiecuję, że się poprawię, więc się nie denerwuj...- dodał uśmiechając się do niej szeroko.
Rose spojrzała na niego zdezorientowana. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że James był pewny, że jej słowa są skierowane do niego. Jej kuzyn nie zdawał sobie sprawy, że w tej chwili złości się na swojego chłopaka. Nikt ze zgromadzonych nie wiedział o niej i Leo, więc logiczne było, że przyjęli, że udziela reprymendy Jamesowi. Zakaszlałam próbując ukryć rozbawienie. Leo uśmiechnął się zerkając na swoją dziewczynę. Oparł się o ścianę czekając jak ta sytuacja potoczy się dalej. Nawet nie krył rozbawienia. Rose posłała mu mordercze spojrzenia, wzięła wdech i spokojnym głosem zwróciła się do Jamesa.
-Dobrze, mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy.- Z gracją zebrała swoje rzeczy i bez słowa ruszyła w stronę dormitorium.
-Ona wie, że nie jest moją matką, prawda?- mruknął James zerkając w kierunku, w którym zniknęła jego kuzynka.- I na Merlina nie przypominam sobie o żadnej naszej rozmowie na ten temat...
-A ty pomyśl jak miałby przerąbane za takie coś jej potencjalny chłopak.- zaśmiałam się nie mogąc darować sobie tego komentarza. Leo wybuchnął śmiechem i tłumacząc, że musi pisać referat pobiegł za Rose. Coraz bardziej utrwalałam się w przekonaniu, że dzięki Rosie, Leo ma szansę wyrosnąć jeszcze na porządnego faceta,

poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 22

Witam Was serdecznie po dość długiej przerwie. Sama nie wiem czemu tak długo to trwało, ogólnie jestem beznadziejna przy scenach pewnego typu (mam na myśli parę ostatnich wersów tego rozdziału) i to mnie bardzo spowolniło. Chciałam to jakoś super opisać, ale się poddałam, bo inaczej nigdy nie doczekałybyście się tego rozdziału :)
Co do kolejnych rozdziałów to jestem dość podekscytowana, bo zaczyna się druga, moim zdaniem o wiele ciekawsza część opowiadania. Podczas kombinowania jak to wszystko powinno wyglądać, podzieliłam je na pierwszą część do przerwy świątecznej i drugą, która będzie kończyła się zakończeniem roku szkolnego. Mniej więcej porozdzielałam co powinno się znaleźć w kadej z nich. Pierwsza to taka trochę zapoznawcza, robiąca tło i ogólnego doprowadzenia bohaterów do momentu, w którym się wszyscy znaleźli. Jejku, przepraszam, że tak Was zanudzam....
Kończąc chcę się pochwalić, że stuknęło mi prawie 23 tysiące wyświetleń, a pod rozdziałami dostaję coraz więcej wspaniałych komentarzy.  Bardzo Wam za to dziękuję i gdyby nie wy, nie byłoby mnie tutaj!
Zapraszam do czytania rozdziału :)


Miałam nadzieję, że przerwa świąteczna będzie idealnym momentem do odpoczynku od jakichkolwiek obowiązków, ale zapomniałam wziąć pod uwagę, że w słowniku mojej mamy nie ma takiego słowa jak odpoczynek.
Tak więc dni upływały mi na pomaganiu mamie w kuchni i towarzyszeniu tacie przy robieniu nieskończonej ilości zakupów, na które mama wysyłała nas praktycznie codziennie. Brak wolnego czasu miał też swoje dobre strony. Nie miałam czasu rozmyślać o żadnym z chłopaków, aż do Wigilii.
Wigilijny poranek był na tyle mroźny, że czuło się zimno pomimo szczelnych okien i ciągłego palenia w kominku. Leżałam w łóżku szczelnie opatulona kołdra, gdy do pokoju wsunęła się moja mama prosząc mnie o pomoc w pakowaniu prezentów dla dziadków i reszty rodziny. Niechętnie podniosłam się z łóżka i podeszłam do nierozpakowanego jeszcze kufra w celu znalezienia najcieplejszego swetra i jakiś wełnianych skarpetek. W trakcie wyrzucania z kufra połowy jego zawartości, w moje ręce dosłownie wpadło małe pudełeczko. Palcami podważyłam wieczko, które z łatwością otworzyło się na kilka milimetrów.
No tak, dzisiaj była gwiazdka, więc prezent od Jamesa był gotów zdradzić swoją tajemnicę i pokazać zawartość. Przez chwilę przyglądałam się pudełeczku zastanawiając się co w nim jest i co to oznacza. Jeszcze raz obróciłam opakowanie w dłoni i odchyliłam wieczko. W środku leżała ta sama srebrna bransoletka, którą pokazałam mu w Hogsmeade podczas szukania prezentu dla jego mamy. Delikatnie wyjęłam ją z opakowania oglądając z każdej strony. Do bransoletki przyczepiona była zawieszka, przedstawiająca wilka w pozycji siedzącej i uniesionym do góry pyszczku. Wyglądał jakby wył do księżyca. Przejechałam po nim dłonią podziwiając to z jaką dokładnością szczegółów został wykonany. W pudełeczku była jeszcze zawinięta karteczka. Odwinęłam ją i odczytałam zapisane na niej słowa:

"Chcę tylko żebyś wiedziała, że żałuję, że musiało minąć tak wiele czasu, nim uświadomiłem sobie parę rzeczy. Musisz jednak wiedzieć, że zrobię wszystko, aby naprawić to, co spieprzyłem.''

 Nie jestem pewna jak długo siedziałam wpatrując się w karteczkę, ale zapisane na niej słowa mogłabym wyrecytować przez sen. Z otępienia wyrwało mnie wołanie mamy. Z niemalże czcią  założyłam bransoletkę i tanecznym krokiem zeszłam do salonu.
Mama siedziała na dywanie próbując owinąć jakieś drewniane pudełeczko ozdobnym papierem w bałwanki. Miała tak skupioną i poważną minę jakby to, czy równo zawinie papier decydowało o czyimś życiu. Wybuchłam śmiechem na to skojarzenie i usiadłam obok mamy.
-Dobrze widzieć Cię w lepszym humorze.- uśmiechnęła się odkładając pudełko na bok.
-Ja zawsze mam dobry humor.- wyszczerzyłam się w uśmiechu i z łatwością zawiązałam dużą kokardę na kolejnym podarunku.
-Od kiedy wróciłaś do domu cały czas chodziłaś smutna. Martwiłam się o Ciebie, ale twój ojciec zabronił mi Cię męczyć. Powiedział, że jak będziesz gotowa do rozmowy lub będziesz potrzebować pomocy to...
-I tata miał rację.- przerwałam jej.- Przynajmniej po części, jak coś się będzie działo to na pewno dowiesz się o tym pierwsza, a teraz uwierz, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc możemy wziąć się za pakowanie tej setki prezentów....-uśmiechnęłam się do niej i przeniosłam wzrok na stos przeróżnych mugolskich rzeczy.-Planujesz obdarować każdego mieszkańca wioski?- zaśmiałam się i chwyciłam zestaw kosmetyków, który według karteczki miała dostać moja kuzynka Beth.
Pakowanie prezentów trwało cały poranek, a mama po raz kolejny opowiedziała mi historię jak tata po raz pierwszy zaprosił ją na randkę. Ich pierwsze spotkanie odbyły się w święta, więc mama co roku o tej porze wraca do niego w wspomnieniach. Po raz setny wysłuchałam o jeżdżeniu na mugolskich łyżwach, bolesnym upadku mojego taty i szczęśliwym zakończeniu wieczoru pod jemiołą przy jednej z wielu kawiarenek. Na chwilę zamilkłyśmy, a każda z nas pogrążyła się w swoich myślach.
-A to co?- zapytała po chwili dostrzegając bransoletkę.
-Prezent.- mruknęłam czując, że moje policzki robią się czerwone.
-Wilk jak twój patronus...- zauważyła, a ja twierdząco kiwnęłam głową.-Od kogo?
-Od Jamesa...- westchnęłam czekając na tysiące pytań, którymi powinna mnie teraz zalać. Moja mama postąpiła jednak inaczej niż bym ją o to podejrzewała. Pocałowała mnie w czoło śmiejąc się, że podejrzewała, że chodzi o jakiegoś chłopca. Zapewniła mnie jeszcze kilka razy, że dawno nie widziała tak ładnej bransoletki i nucąc jakąś świąteczną piosenkę o miłości oddaliła się do kuchni.

                                                                                  *     

Święta od zawsze były dość stresującym czasem dla mnie i mojego taty, a najbardziej stresująca była Wigilia spędzana z moimi dziadkami i siostrami mamy wraz z ich całymi rodzinami.
 Kodeks Tajności Czarodziejów posiada parę ustaw o czarodziejach pochodzących z mugolskich rodzin. Zgodnie z nimi, gdy taka osoba kończy jedenaście lat ktoś zjawia się w jej domu i wyjawia takiej osobie i jej najbliższym prawdę o magii. Cały proces musi być przeprowadzony w ściśle określony sposób, a grono mugoli, które dowiaduje się o istnieniu magii musi być jak najmniejsze. W przypadku mojej mamy zostali powiadomieni jedynie jej rodzice i dwie siostry, Anna i Veronica. Jednak nikt inny nie mógł się o tym dowiedzieć, więc po latach, gdy moje ciocie założyły własne rodziny nie mogły wyjawić prawdy o naszych zdolnościach. Tak więc większość rodziny od strony mamy uważa nas za skończonych dziwaków. Od strony mojego licznego kuzynostwa zawsze mogę liczyć na jakąś kąśliwą uwagę i krzywe spojrzenie. Najwięcej złośliwych pytań jest o moją owianą tajemnicą szkołę, z której przyjeżdżam jedynie na wakacje i na święta. Z ich uwag wynika, że  podejrzewają, że uczęszczam do jakiegoś zakładu zamkniętego.
Mój tata nie miał łatwiej. Wujek John był komentatorem sportowym i zawsze próbował wciągnąć go do rozmów o sporcie. Przez to mój tata mniej więcej miesiąc przed świętami musi studiować wszystkie mugolskie gazety sportowe. Natomiast mój drugi wujek Frank pracuję w dużej korporacji, a do jego ulubionych tematów należy polityka i nowinki elektroniczne. W tych tematach mój drogi ojczulek jest tak do tyłu, że dosłownie staje na głowie, aby usiąść jak najdalej od wujka przy stole.
Wiedziałam, że w tym roku Wigilia nie będzie różniła się od poprzednich, więc z posępną miną siedziałam w korytarzu czekając, aż moi rodzice będą gotowi do wyjścia. Na dodatek musieliśmy skorzystać z mugolskiego środka transportu czego nienawidziłam. Nie ufałam samochodom i zawsze miałam wrażenie, że rozbijemy się na jakimś drzewie.
-Jak humor księżniczko?- zapytał tata siadając obok mnie.
-Świetnie, nie mogę się już doczekać komentarzy bliźniaczek o tym czy czuję się już lepiej i kiedy będę mogła zacząć naukę w normalnej szkole...- ironizowałam ze sztucznym uśmiechem.
-A wiesz, że na ostatnich mistrzostwach w piłce nożnej Anglia zremisowała z Polską po spektakularnej bramce Piotra....-zaciął się na chwilę-znowu zapomniałem nazwiska.- mruknął i wziął gazetę, która leżała na stoliku obok. Kartkował ją przez moment w ciszy, a potem odłożył na bok powtarzając kilka razy dziwnie brzmiące nazwisko. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, a on tylko się roześmiał i przytulił mnie do siebie.
-Dlaczego musimy rozgrywać tę szopkę?- mruknęłam wyswobadzając się z uścisku.-Moglibyśmy choć raz zostać w domu...
-Pamiętaj, że nie robimy tego dla siebie. To bardzo ważne dla Twojej mamy i cała ta szopka- zaśmiał się wskazując na gazetę- jest dla niej.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale do korytarza wpadła uśmiechnięta mama oznajmiając, że jest już gotowa. Załadowaliśmy stertę prezentów do wypożyczonego samochodu i ruszyliśmy w drogę.

                                                                       *     

-I pamiętaj, że robimy to dla mamy.- szepnął mi tata, gdy szliśmy przez podwórko dziadków. Drzwi otworzyła uśmiechnięta babcia w fartuszku w szkocką kratę. Wycałowała nas wszystkich dwa razy i zaprosiła do salonu mówiąc, że już prawie wszystko gotowe. Chciałam jej pomóc w kuchni, aby opóźnić spotkanie z resztą rodziny, ale nawet nie chciała o tym słyszeć. Stwierdziła, że jestem bardzo uprzejma, ale nie chce mnie wykorzystywać i lepiej abym poszła porozmawiać z kuzynostwem, za którym pewnie się już bardzo stęskniłam. Nie miałam serca oznajmiać jej jak bardzo się myli, więc powlokłam się za rodzicami do salonu.
Obie ciocie wraz z mężami siedziały przy stole zaciekle o czymś rozmawiając. W pośpiechu rozejrzałam się za moimi kuzynami, ale na szczęście nie było ich w pobliżu. Cała czwórka podniosła się ze ze swoich miejsc i ruszyła nas powitać.
-Natalie jak ty wyrosłaś!- powtarzały moje ciotki całując mnie w obydwa policzki. Ciocia Ana wspomniała nawet, że powinnam ich w końcu odwiedzić i że Olivia z Beth też podzielają jej zdanie. Uśmiechnęłam się tylko nie chcąc ciągnąć tej dyskusji. Wujek Frank zdążył zaatakować już biednego tatę swoim ulubionym tematem, czyli polityką. Zapytał co uważa o ostatnich wyborach i czy jego zdaniem sondaże ulegną zmianie po ostatnim wystąpieniu ministra finansów.
Miałam ochotę podejść do niego i jakoś go z tego wyciągnąć, ale ciocia Veronica kazała mi pójść do drugiego pokoju, gdzie siedzieli moi kuzyni. Chciałam się z tego wykręcić, ale ciocia zaprowadziła mnie pod same drzwi. Wzięłam dwa głębokie oddechy i weszłam do pomieszczenia, a wzrok Olivi, Beth, Artura, Toma i Ellie spoczął na mnie.
-Cześć wszystkim...-powiedziałam przerywając głuchą ciszę.
Cała piątka wyrwała się z otępienia i podeszła się ze mną przywitać. Bliźniaczki, Olivia i Beth z udawaną skruchą przepraszały mnie, że nie zaprosiły mnie na swoje głośne szesnaste urodziny, ale nie wiedziały czy dostanę przepustkę z mojej specjalnej szkoły, a poza tym miały problem nie wiedząc jak się ze mną skontaktować.
Zaczęło się-pomyślałam słysząc w jaki sposób zaakcentowały słowo "specjalna".
-Co prawda to prawda-dodał Artur- mogłabyś założyć sobie facebooka.
-Albo przynajmniej instagrama.- dodała Ellie kiwając głową.
-Ewentualnie snapchata.-wtrącił Tom, na co pozostała czwórka przyznała mu rację.
-Eeeee, ale ja przecież mam facebooka i tą całą resztę tylko nikomu o tym nie mówiłam.- powiedziałam szybko mając nadzieję, że to zakończy temat. Przecież nie udowodnią mi, że nie mam tych dziwnych rzeczy, o których mówią. Zawsze mogę powiedzieć, że zostawiłam je w domu czy coś. Byłam wręcz dumna z tego jak udało mi się ich przechytrzyć.
-Serio?- mruknęła Olivia zerkając na mały, metalowy prostokąt, który chyba nazywał się telefonem komórkowym- A jak się nazywasz na snapie?
Otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale do pokoju weszła babcia oznajmiając, że możemy już siadać do kolacji. Podziękowałam w duchu za ratunek i ponownie skierowałam się do salonu.
Przy dzieleniu się opłatkiem najczęściej powtarzane dla mnie życzenia  były dotyczące poprawy mojego zdrowia i "abym dalej walczyła, bo najgorsze co można zrobić to się załamać i poddać".
Rozmowy przy stole nie były, ani trochę przyjemniejsze. Co prawda moi dziadkowie i ciocie próbowały sprowadzić rozmowę na "bezpieczne" tematy, ale wujkowie uparli się, aby w tym roku poznać wszystkie poglądy mojego taty we wszystkich dziedzinach, o których nie miał żadnego pojęcia.
Ciocia Ana chcąc ratować mojego tatę zaczęła opowieść o pierwszym wspólnym obiedzie z Oscarem, chłopakiem Olivi. Opowiedziała kilka zabawnych anegdotek ukazujących jak bardzo musiał być zestresowany. Gdy wszyscy przestali się śmiać moja babcia zapytała mnie czy "nie kręci się wokół mnie jakiś kawaler". Chciałam zaprzeczyć, ale moja mama odezwała się pierwsza opowiadając jaki ładny prezent dostałam od kolegi. Każda kobieta w pomieszczeniu zechciała zobaczyć moją bransoletkę, a ja jak kretynka musiałam wystawiać dłoń w każdą stronę. Byłam zła na mamę za zwrócenie na mnie uwagi, ale miałam nadzieję, że potrwa to tylko chwilę. Nie wzięłam jednak pod uwagi ilości pytań, które mi zadadzą.
-Gdzie poznałaś chłopaka?- zapytała Beth, a słysząc, że to kolega ze szkoły uśmiechnęła się sztucznie i szepnęła coś do swojej siostry. Znając życie go też z góry wzięły za wariata, jak każdą osobę uczącą się w mojej "specjalnej" szkole.
-A co tutaj robi wilk?- zapytała ciocia przyglądając się zawieszce.
-No właśnie. To raczej nie jest popularny motyw przy tego rodzaju prezentów.-dodała Olivia.
-Hmmm...-przygryzłam wargę zastanawiając się co jej odpowiedzieć.-Niektóre osoby z mojej szkoły mają dobierane zwierzę, które je symbolizuje i w pewnym sensie jest jego patronem.- uśmiechnęłam się mając nadzieję, że ta pokręcona odpowiedź zakończy temat.
-To taka terapia?- wyrwało się Arturowi, a jego mama syknęła, że ma już być cicho i zająć się jedzeniem, bo mu wystygnie.
-To dobrze, że tak was zachęcają.-uśmiechnęła się Ellie, która z całej tej bandy kuzynów była najmilsza i starała się nigdy nikogo nie urazić. Jednak w tej chwili jej słowa dodały przysłowiowej oliwy do ognia i byłam blisko wybuchu. Mimo wszystko zacisnęłam zęby i wzięłam się za jedzenie jakiejś sałatki.
-Kiedyś o czymś takim słyszałam, czujesz się lepiej myśląc, że wilk jest z Tobą?- zapytała Beth wlepiając we mnie swoje duże oczy.
-I to bardzo.-warknęłam- Każdy mając patronusa nie musimy obawiać się dementorów i gdybyś wiedziała o co naprawdę chodzi, to by Cię zeżarła zazdrość i...
-Natalie!- przerwała mi mama patrząc na mnie z przerażoną miną.- Chodzi jej o taki projekt...-zaśmiała się newowo zwracając się do wujka Johna, który siedział najbliżej jej.
-Przepraszam na chwilę.- mruknęłam i nie zwracając uwagi na karcące spojrzenia mamy wstałam od stołu. Niewiele myśląc ruszyłam na strych, aby znaleźć się jak najdalej od tej bandy przygłupów. Zapaliłam lampkę i usiadłam przy małym stoliku podciągając kolana pod brodę. Po chwili usłyszałam skrzypienie na schodach co oznaczało, że ktoś szedł. Byłam pewna, że to moja mama, więc zrobiłam bojową minę gotowa na awanturę. W drzwiach stanął jednak mój dziadek z dobroduszną miną.
-Następnym razem schowaj się gdzieś na parterze, bo wchodzenie na strych jest zbyt dużym wyzwaniem dla moich starych nóg.- puścił mi oczko i usiadł obok mnie.
-Przepraszam...- mruknęłam nie mając na myśli chowania się na strychu. Było mi głupio, że przy stole poniosły mnie emocje. Dziadek uśmiechnął się jedynie i poczęstował mnie cukierkami, które zawsze trzymał w wewnętrznej kieszeni marynarki.
-A czym jest ten patronus?- zapytał nachylając się w moją stronę.
-Takie zaklęcie obronne umożliwiające ochronne przed dementorami, czyli takimi zjawami, które wysysają dusze. Patronus może też służyć do przekazywania wiadomości innym czarodziejom na odległość.
-A co do tego ma wilk?- zainteresował się.
-Patronusy mogą przybrać różne formy, a moim jest właśnie wilk.- uśmiechnęłam się patrząc jak na twarzy dziadka maluje się zdziwienie, które po chwili przerodziło się w radosny chichot.
-Czarodzieje mają niesamowite wynalazki, a wiesz co jeszcze w was lubię?- zapytał podchodząc do jednej z wielu szaf. Wyjął z niej drewniane, podłużne pudełko, oczyścił je z kurzu i kontynuował- Potraficie grać w szachy.- Uśmiechnął się rozkładając szachownicę. Zapytałam go czy przypadkiem nie musimy wracać do pozostałych, ale stwierdził, że ma już tyle lat, że nie musi patrzeć na to, co wypada robić, więc może zostać na strychu i grać z wnuczką w szachy.
-Dziadku wiesz może co to facebook?- zapytałam przesuwając wieżę, aby ratować się przed zbiciem mojego króla.
-Jakiś magiczny przedmiot?- zapytał drapiąc się po brodzie i nie odrywając wzroku od szachownicy.
-Chyba wręcz przeciwnie...-uśmiechnęłam się i całą swoją uwagę poświeciłam grze. Po paru minutach udało mi się wygrać z dziadkiem, ale byłam prawie pewna, że przegrał specjalnie. Udał jednak zdziwionego moimi oskarżeniami i zapewniał, że "uczeń przerósł mistrza". Po chwili dodał, że bardzo go to cieszy i taka kolej rzeczy. W ślimaczym tempie pozbierałam wszystkie pionki i odłożyłam szachownicę na półkę.
-Dziecko oni nie próbują Cię umyślnie ranić...-powiedział przybierając poważną, a zarazem łagodną i pełną ciepła minę.-Musisz wybaczyć im wiele rzeczy, nie zdają sobie sprawy jak bardzo się mylą i wiesz, że gdybyś mogła im wyznać swoje sekrety to by cię w tym spierali.
-Ale nie mogę im tego powiedzieć...-westchnęłam.
Przytulił mnie mocno i tłumacząc, że muszę uzbroić się w wiele cierpliwości i zrozumienia poprowadził mnie do wszystkich.

                                                                               *     

-Za rok muszę być przygotowany i obeznany z mugolską polityką...-mruczał tata z uśmiechem otwierając drzwi i puszczając przodem mamę i mnie.
-Dziękuję Ci Keith, to co robisz naprawdę wiele dla mnie znaczy.- mama dała mu buziaka i poszła do kuchni pytając czy ma ktoś ochotę na gorącą czekoladę.
-Tutaj to chyba przydałoby się coś mocniejszego, mam rację księżniczko?- tata puścił mi oczko, ale byłam zbyt zmęczona na jego żarty, więc pokiwałam jedynie przecząco głową i poszłam do swojego pokoju. Opadłam na łóżko, a po chwili coś zaczęło drapać w szybę. Podeszłam do okna odsłaniając firanki i wpuszczając do środka sowę, w której rozpoznałam puchacza Weasleyów. Dałam jej kawałek ciastka, które leżało na biurku, a sama wzięłam się za czytanie listu.
"Masz być koło południa u mnie. Cornie niestety nie będzie, jest jeszcze u Davida, ale ty się nie wykręcisz!
Całuję, Rose."
Na odwrocie kartki odpisałam jej, że nie mam zamiaru się wykręcać i że musimy pogadać o czymś ważnym. Przywiązałam list do nóżki puchacza, dałam mu wody i otworzyłam mu okno.
Co roku w święta wraz z Cornie odwiedzałyśmy państwa Weasleyów i jedliśmy wspólny obiad. Rodzice Rose byli przemiłymi ludźmi, którzy traktowali nas jak rodzinę, więc w tej chwili nie wyobrażałam sobie przerwy świątecznej bez wizyty w Dolinie Godryka.

Mama podała mi jeszcze jakieś ciasto i po dziesiątym powtórzeniu, abym nie wróciła zbyt późno pozwoliła mi wejść do kominka. Sypnęłam proszek, a po chwili stałam w przestronnym salonie państwa Weasleyów. Mama Rose wychyliła się z kuchni i podeszła do mnie z jednym z najpromienniejszyc uśmiechów na świecie.
-Natalie, kochanie, w samą porę, zaraz siadamy do obiadu.- powiedziała ściskając mnie tak mocno, że zaczęłam się zastanawiać czy jest możliwe uduszenie przez przytulenie. Gdy mnie puściła podałam jej ciasto, przekazałam życzenia od rodziców i skierowałam się po schodach do pokoju Rose.
-Nareszcie!- krzyknęła na mój widok i przytuliła mnie równo mocno jak jej mama. Opowiedziałam jej jak minęła moja wigilia w domu dziadków wraz z siostrami mamy i jej całymi rodzinami. Rose za to odwdzięczyła mi się historią o kolejnych świętach spędzonych w Norze i że samo składanie życzeń z tak liczną rodziną trwało prawie godzinę. Pokazała mi również kolejny sweter, który jej babcia Molly własnoręcznie wydziergała.
-A teraz powiedz o czym chciałaś ze mną pogadać.- Rose odłożyła sweter, a dokładniej rzuciła go na krzesło i spojrzała na mnie wyczekująco. Wystawiłam rękę z bransoletką od Jamesa.
-Ładna, od rodziców?-zapytała ziewając.
-Od Jamesa.- Ruda zrobiła wielkie oczy i przyciągnęła moją rękę w swoją stronę. Opowiedziałam jej o rozmowie z chłopakiem i o zaczarowanym prezencie, który otworzył się w świąteczny poranek. Miała do mnie pretensję, że od razu jej o tym nie powiedziałam, ale przypomniałam jej, że jak wróciłam do dormitorium to już spała, a na drugi dzień był bal i jakoś wypadło mi to z głowy.
-Na stanik Morgany, gacie Merlina i pończochy Slughorna, ale się porobiło...-powiedziała przyglądając się bransoletkce.
-A powiesz coś więcej od wyliczania części garderoby różnych osób?- mruknęłam przewracając oczami.
-Najlepiej jak pogadasz z Jamesem- kiwała głową jakby naprawdę udzielała dobrej rady-w sumie...-wybuchnęła śmiechem-będziesz miała ku temu okazję szybciej niż myślisz.
-Co masz na myśli Weasley?
-Cała rodzina Potterów również będzie na dzisiejszym obiedzie.- wyszczerzyła się w uśmiechu czekając na moją reakcję. Tym razem to ja zrobiłam wielkie oczy na myśl o wspólnym obiedzie z Jamesem i całą jego rodziną.
-Przecież oni mieli być daleko...- wydusiłam przerażona.
-Wujek Harry szybciej ukończył pracę i rano wrócili do Doliny Godryka.- wytłumaczyła mi ponownie zerkając na bransoletkę.
Byłam przerażona i z niepokojem nasłuchiwałam jakichkolwiek odgłosów świadczących o przybyciu gości. Od zajścia na balu nie byłam pewna co czuję do Jamesa, a bałam się, że będę musiała z nim o tym porozmawiać. Obawiałam się, że prezent od Gryfona zapowiadał nadchodzące zmiany, a nie miałam pojęcia jak nasze relacje powinny wyglądać. Rose, która oczywiście nie wiedziała o Scorpiusie uważała, że sprawa jest prosta. Miałam już zamiar złamać dane sobie słowo i wyznać jej całą prawdę, ale pani Weasley zawołała nas do stołu.
Zeszłyśmy na dół i przywitałyśmy się z całą rodziną Potterów. James chciał ze mną od razu porozmawiać, ale jego mama pokierowała go do stołu tłumacząc, że będziemy mieli wiele czasu na rozmowę po obiedzie.

                                                                             *     

Obiad u Rose zawsze był głośny, ale to była przede wszystkim zasługa Huga i Albusa. Chłopcy prześcigali się w opowiadaniu przeróżnych historii ze szkoły. Lily, siostra Jamesa wtrąciła, że Hagrid  ostatnio pokazywał Kuguchary, które do złudzenia przypominały zwykłe koty.
-Za naszych czasów Hagrid lubił pokazywać niebezpieczne zwierzęta i czasami ktoś wychodził podrapany.- zaśmiała się pani Potter zerkając na swojego męża, który pokiwał głową uśmiechając się na samą myśl o tym.
-Za naszych czasów ogólnie łatwo było o zadrapanie. Nie to co teraz... Hogwart jest taki nudny bez naszej trójki....-zaśmiał się pan Weasley wygodnie rozkładając się na krześle.
-I dobrze Ron, ciebie też powinno cieszyć, że naszym dzieciom nic nie grozi- pogroziła mu palem jego żona i jednym machnięciem różdżki posprzątała po obiedzie, a stół zapełnił się ciastami i babeczkami.
-Bez przesady kochanie, to były fajne czasy. Chciałoby się czasem znowu pochodzić po Zakazanym Lesie...- mruknął puszczając oko w stronę Huga i Albusa.
-Przypominam Ci, że byłeś przerażony jak małe dziecko kiedy natknęliśmy się na Aragoga.- zaśmiał się pan Potter i zwrócił się do chłopców, że w żadnym wypadku nie mają prawa szwendać się po lesie.
-Każdy by był stojąc naprzeciw setce pająków wielkości samochodu.- pokiwał głową nie przestając się uśmiechać.
-Setka pająków wielkości samochodów?!- krzyknął podniecony Hugo- tej historii jeszcze nie znamy.
-No więc na drugim roku razem z wujkiem Harrym zostaliśmy wysłani przez Hagrida do lasu, aby pogadać z jego przyjacielem, który okazał się być przeogromnym pajęczakiem i gdyby nie nasza odwaga i spryt to pewnie byłoby po nas.
-Doprawdy?- zaśmiała się pani Potter- trochę inaczej zapamiętałam tą historię. Ty miałeś połamaną rózdżkę, więc nie miałeś jak się bronić i gdyby nie fakt, że pojawił się stary fiat ojca to byłoby po was.
Wszyscy przy stole wybuchli śmiechem, a pan Weasley rozłożył bezradnie ręce i po chwili dołączył do reszty.
-Moją ulubioną historią jest opowieść jak nasza mama pobiła ojca Scorpiusa.- mruknęła Rose spoglądając na swoją mamę.
-Ronaldzie!- warknęła kobieta- Zwariowałeś? Nie opowiada się takich historii dzieciom.
Pan Potter i pan Weasley wymienili porozumiewawcze spojrzenia i wybuchli śmiechem zapewniając po chwili, że to jest również ich ulubiona historia z tych sześciu lat spędzonych w Hogwarcie. Siedziałam przy stole z zapartym tchem słuchając opowieści o przygodach rodziców moich przyjaciół. Od zawsze wiedziałam, że byli niesamowitymi ludźmi, ale nie zdawałam sobie sprawy, że przeżyli aż tak wiele. Nim ze stołu zniknęły wszystkie smakołyki usłyszałam jeszcze o trójgłowym psie, który uwielbiał dźwięk harfy, śmierdzącym trollu i szaleńczym locie na Testralach. Po jakimś czasie wszyscy zaczęli rozchodzić  się od stołu w swoim towarzystwie. Miałam ochotę posłuchać reszty opowieści, ale pan Potter zaśmiał się, że to jedynie brzmi tak fajnie i w większości przypadków mieli więcej szczęścia niż rozumu.
Rose i ja rozłożyłyśmy się na dywanie i przyglądałyśmy się jak Al, Hugo i Lily grają w eksplodującego durnia.
-Natalie masz chwilę?- obok nas znalazł się James, a Rose chyba pierwszy raz w całym życiu stwierdziła, że musi pomóc mamie w kuchni i takim sposobem zostaliśmy sami.
Dom był pełen ludzi, więc zdecydowaliśmy się na spacer po Dolinie Godryka. Pożyczyłam od Rose kurtkę i resztę ciepłych ubrań i wyszliśmy na chłodną ulicę.
-Dziękuję za prezent, bransoletka jest piękna.- powiedziałam zakłopotana.
-Cieszę się, że Ci się podoba. Chciałem podarować ci coś wyjątkowego.
Uśmiechnęłam się do chłopaka i ruszyliśmy wzdłuż rzędów domów. Z entuzjazmem zaczęłam mu mówić jak wielkie wrażenie wywarły na mnie historię jego rodziny. James zaśmiał się przeczesując ręką swoje włosy i czekał w ciszy, aż się wygadam. W międzyczasie pociągnął mnie w jakąś boczną uliczkę mówiąc, że na jej końcu znajduję się naprawdę miła kawiarenka.
-...I oni byli przecież tacy młodzi-ciągnęłam-Nie mam pojęcia czy byłabym wstanie być taka odważna jak oni, a poza tym...-zamilkłam spoglądając na rozbawionego chłopaka-nie dałam ci dojść do słowa przez co najmniej piętnaście minut, prawda?- jęknęłam czując, że moje policzki robią się różowe.
-To nic...-machnął ręką-lubię Cię słuchać, chociaż podczas spaceru z dziewczyną wolałbym, aby trochę mniej mówiła o moim ojcu.
-Eh, no tak...- uśmiechnęłam się przepraszająco. Gryfon roześmiał się zapewniając, że tylko żartował i cieszy się, że podobało mi się spędzone popołudnie w gronie jego najbliższych.
-A jak twoje święta?- zapytał po chwili.
-Mogło być lepiej...-wzruszyłam ramionami nie chcąc po raz kolejny wspominać pobytu z mugolską częścią mojej rodziny.-A gdzie ta kawiarenka?- zapytałam chcąc jak najszybciej zmienić temat. Chłopak wziął mnie za rękę i między kolejnymi budynkami poprowadził mnie do drewnianego budynku, nad którym wisiał szyld "U Godryka''. Zatrzymaliśmy się przed wejściem, a chłopak ręką odgarnął niesforny kosmyk włosów, który przyczepił się do mojego policzka.
-Wspominałem już, że pięknie wyglądasz w krótkich włosach?-powiedział nie spuszczając ze mnie wzorku.
-Nie wchodzimy?- zapytałam cicho ignorując jego komplement. Z jakiegoś powodu nie potrafiłam opanować drżenia głosu.
-Jemioła.- uśmiechnął się wskazując ręką na gałązkę, która wisiała tuż nad wejściem do lokalu.
-Kto by się spodziewał...- zaśmiałam się nerwowo chowając ręce do kieszeni.
-A myślisz, że czemu wybrałem to miejsce?- uśmiechnął się łobuzersko i nachylił się w moją stronę. Delikatnie musnął moje wargi, jakby nie był pewny czy ma do tego prawo, ale w momencie, gdy zetknęły się nasze usta wszystkie wątpliwości zeszły na bok. Pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny, a ja miałam problem, aby pamiętać o tak banalnej czynności jaką jest oddychanie. Jednak powoli napadły mnie wątpliwości i gwałtownie odsunęłam od siebie chłopaka.
-James, ja...- zaczęłam przerażona nie mając pojęcia jak to się stało, że w przeciągu tygodnia całowałam się z dwoma chłopakami. Najgorsze było to, że do obydwu coś czułam, a w tej chwili miałam w głowie taki mętlik, że najchętniej bym uciekła. James jakimś cudem odgadł moje myśli i chwycił mnie za rękę.
-Nic nie mów Nat...-przerwał mi-Nie musimy teraz o tym rozmawiać. Powiedzmy, że zmusiła nas do tego jemioła...-zaśmiał się.-Dajmy sobie czas na poważną rozmowę, dobrze?
Odetchnęłam i z ulgą pokiwałam głową. Chłopak zaśmiał się przyjacielsko na moją reakcję i otworzył mi drzwi.
Resztę wieczoru spędziłam w jego towarzystwie prowadząc konwersację na wiele banalnych tematów co chwilę wybuchając śmiechem. Zapomniałam o wszystkich problemach i rozkoszowałam się miłym wieczorem spędzanym w towarzystwie Jamesa.


piątek, 25 grudnia 2015

Rozdział 21

Powróciłam kochani! Z góry przepraszam za wszelkie błędy, ale część rozdziału pisałam na telefonie. Chciałam wam wszystkim życzyć wesolych świąt spędzonych w gronie najbliższym i ogolnie spełnienia wszystkich marzeń. Za mniej wiecej dwa tygodnie minie rok od kiedy założyłam bloga i mam wielką nadzieję, że w tym samym czasie uda mi się dodać nowy rozdział. Chciałam Wam również podziękować za wszystkie komentarze, które naprawdę wiele dla mnie znaczą. Nie przedłużając zapraszam na nowy rozdział.  







Usiadłam na łóżku rozcierając oczy i rozglądając się po pokoju. Na kufrze obok łóżka Cornie leżała złożona sukienka, a jej szpilki stały tak równo jakby wymierzyła je od linijki. Po drugiej stronę pokoju Rose mruczała przez sen co kilka sekund zmieniając pozycję. Sukienkę przewiesiła przez poręcz łóżka, obok którego niedbale porzuciła torebkę i jeden but. Z rozbawieniem rozejrzałam się za drugim, ale nigdzie nie mogłam go dostrzec.
 Po cichu nie chcąc ich obudzić podniosłam się z łóżka i wyjęłam z kufra dwa ładnie zapakowane prezenty. Położyłam po jednym na szafce każdej z moich współlokatorek i poszłam do łazienki. Przez cały czas nie mogłam przestać myśleć o Scorpiusie i naszym wczorajszym pocałunku. Jak do tego doszło? Jak to możliwe, że Scorpius Malfoy całował właśnie mnie? Przez chwilę chciałam obudzić dziewczyny i opowiedzieć im co się wczoraj wydarzyło, ale wiedziałam, że to może poczekać. Nie było różnicy, czy powiem im to teraz czy za kilka godzin. Po cichu po raz kolejny sprawdziłam czy spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i wyszłam z pomieszczenia.
W pokoju wspólnym siedziało już parę osób zaciekle o czymś rozmawiając. Usiadłam przy wolnym stoliku i wlepiłam wzrok za okno podziwiając zimowy krajobraz. Moje myśli ponownie powędrowały do Scorpiusa i wczorajszego wieczoru.
-Hej Nat.- usłyszałam głos Davida. Chłopak usiadł obok mnie zaszczycając mnie jednym ze swoich promiennych uśmiechów. Przywitałam się z chłopakiem, a już po chwili słuchałam jego opowieści o poszukiwaniach idealnego prezentu dla Cornie. Opowiedział mi jak zwiedził każdy sklep w wiosce i jak każda kolejna rzecz wydawała mu się coraz banalniejsza. Po chwili dodał z zakłopotaniem, że wpadł mu do głowy pewien pomysł. Zamilkł i zaczął szperać w kieszeniach wyjmując po chwili małe pudełeczko. Położył je na stoliku i czekał na moją reakcję.
-Czy to jest to co myślę?- jęknęłam i odchyliłam wieczko. W środku był ukryty jeden z najpiękniejszych pierścionków jakie kiedykolwiek widziałam. Elegancki, wyrazisty, wyjątkowy i efektowny- tymi słowami można by opisać ten pierścionek. Został wykonany ze srebra, a półokrągły niebieski diament był otoczony przez mniejsze srebrno-białe diamenciki, które układały się na kształt liści słonecznika.-Na gacie Merlina, David, co ty planujesz?
-Spokojnie, nie mam zamiaru się już oświadczać- zaśmiał się- ale chciałem dać jej coś wyjątkowego, a ten pierścionek należał do mojej prababki.
-Chcesz jej podarować rodzinną pamiątkę? To coś większego nawet od zaręczyn.-powiedziałam oglądając go z każdej strony. Zaczęłam wyobrażać sobie spanikowaną Cornie otwierającą pudełeczko.Przynajmniej tak mi się wydawało, że byłaby spanikowana. Ja byłabym przerażona.
-Czyli zły pomysł?- zapytał zerkając na pierścionek. Chciałam mu wytłumaczyć jak wiele oznacza taki prezent, ale chłopak upierał się, że jest pewny, że Cornie to ta jedna i jeśli to coś zmieni to równie dobrze może wykorzystać ten pierścionek do prawdziwych oświadczyn. Próbowałam przemówić mu do rozsądku, że Cornie ma dopiero szesnaście lat, a on ledwo skończył siedemnaście i nie jest to najlepszy moment do podejmowania takich decyzji. W tym momencie chłopak zarzucił mi sceptyczność, więc dałam sobie spokój z edukowaniem zakochanych i jedynie przyznałam, że nigdy nie widziałam równie ładnego pierścionka. Chłopak uśmiechnął się ponownie i zaczął opowiadać o tym jak wpadł na ten pomysł.
-Wszystko w porządku Natalie? Wydajesz się być nieobecna…- zapytał przerywając swoją opowieść. Po raz kolejny odpłynęłam myślami do zeszłego wieczoru. Nie mogłam dłużej udawać, że nic nie czuję do Scorpiusa i miałam ochotę wreszcie z kimś o tym porozmawiać.
-Mogę Cię o coś zapytać?- spojrzałam na niego wyczekująco. Chłopak kiwnął głową, a ja kontynuowałam- Zanim zacząłeś spotykać się z Cornie to się z nią przyjaźniłeś. Spędzaliście ze sobą dużo czasu, a nagle ta przyjaźń zamieniła się w coś większego. W którym momencie zrozumiałeś, że coś do niej czujesz?
-Szczerze to nie mam pojęcia...- podrapał się po głowie- Chyba na początku poczułem się o nią zazdrosny, gdy dwóch chłopaków zaczęło o niej rozmawiać.  Na początku sam nie wiedziałem czemu tak mnie to ruszyło. Wmawiałem sobie, że jest to jedynie troska o przyjaciółkę, ale po pewnym czasie zrozumiałem, że to tylko jedynie wymówki. Nagle wszystko co robiła wydawało mi się niesamowite, a najbardziej szczęśliwy czułem się w momencie ,gdy udało mi się ją rozbawić.
-A w jaki sposób udało Ci się odważyć wyznać jej swoje uczucia?- zapytałam skubiąc sweter.
-To chyba było najtrudniejsze, bałem się, że ona nie czuje tego samego. Obawiałem się, że przez to mogę zniszczyć naszą przyjaźń.
-Dokładnie, nie możesz przewidzieć czy to nie jest jedynie platoniczne uczucie.- westchnęłam.
-Ale wiesz czego żałuję najbardziej? Tego, że tak długo się ociągałem, prawda jest taka, że ryzykujemy naprawdę mało w porównaniu z tym co możemy zyskać.- uśmiechnął się- Dlatego radzę Ci się odważyć.- uśmiechnął się do mnie i po chwili podniósł się z krzesła tłumacząc, że musi się jeszcze spakować.- I dziękuję, że mogłem Ci się wygadać z tym pierścionkiem, potrzebowałem tego.- uśmiechnął się na pożegnanie i zniknął na schodach prowadzących do dormitorium.
Ponownie zostałam sama. Zaczęłam się zastanawiać kim dla mnie właściwie jest Scorpius Malfoy. Nie mogłam udawać, że jest dla mnie obojętny, zależało mi na nim, a po wczorajszym pocałunku nie mogłam myśleć o niczym innym. Tylko to było za mało, aby móc mówić o wielkiej miłości. Zwyczajnie bardzo go lubiłam, a od początku roku stawał się dla mnie coraz bliższą osobą. Postanowiłam, że muszę z nim pogadać, na początku chciałam poczekać na śniadanie i porozmawiać z nim później, ale nie mogąc usiedzieć na miejscu wyszłam z wieży Gryfonów.
*         

Zbiegłam ze schodów i nagle przystanęłam nie wiedząc, w którą stronę powinnam iść dalej. Prawdopodobnie był w lochach, ale nie miałam pojęcia jak miałabym go tam znaleźć. Co prawda mogłabym stać i wykrzykiwać jego imię, ale znając życie prędzej natknęłabym się na Jasmine lub inną przeuroczą Ślizgonkę. Nagle wpadłam na pomysł, gdzie może być Scorpius. W zawrotnym tempie dotarłam na szóste piętro i odnalazłam najbrzydszy obraz jaki znajdował się w zamku. Wypowiedziałam zaklęcie i przeszłam przez tajne wejście. Jednak nie znalazłam w nim nic więcej niż kociołka, książek i paru fiolek. Z ciekawości zajrzałam jeszcze do kociołka. Wywar miał miodową barwę, ale nic mi to nie mówiło. Domyślałam się jednak, że jest tak jak mówił chłopak i wszystko idzie tak jak zaplanował. Przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę o jego eliksirze i jego wybuch euforii. Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym z jaką łatwością i gracją uniósł mnie do góry. Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu i wyszłam na chłodny korytarz. Nie miałam pojęcia gdzie go szukać. Zrezygnowana potoczyłam się na parter i krążyłam po korytarzach. Musiało minąć trochę czasu, bo coraz więcej osób kierowało się do Wielkiej Sali. Musiałam pogodzić się z tym, że nie uda mi się go odnaleźć i bez entuzjazmu powlokłam się na ostanie w tym semestrze śniadanie.
 Nagle w odległej części korytarza dostrzegłam szarookiego Ślizgona. Nie stał jednak sam, towarzyszyła mu Blair. Rozmawiali o czymś, a Scor uśmiechał się wpatrując w dziewczynę. Przypomniałam sobie co dzień wcześniej opowiedziała mi Rose. Najwidoczniej Ślizgon nie odwołał spotkania z dziewczyną,. Poczułam się okropnie głupio. Naiwnie pomyślałam, że wczorajszy pocałunek coś dla niego znaczył.
Usiadłam pod ścianą i spróbowałam na chłodno przekalkulować ostatnie wydarzenia. Scorpius Malfoy od zawsze otaczał się dużą liczbą dziewczyn, ale nigdy żadna z nich nie była jego dziewczyną. Choć w sumie trafniej powiedzieć, to on nie był nigdy żadnej dziewczyny.
Przypomniałam sobie, że kiedyś sama byłam świadkiem tego w jaki sposób potraktował prawdopodobnie zakochaną w nim Romildę. Widząc ją na korytarzu w pośpiechu skręcił w inną stronę, aby nie musieć z nią rozmawiać. Tłumaczył mi wtedy, że raz się z nią całował, a teraz ona nie daje mu spokoju. Śmiał się, że zachowuje się jakby obiecał jej co najmniej małżeństwo.
Zrobiło mi się głupio, że przez chwilę byłam gotowa pobiec do niego i wyznać mu miłość jak w jakiejś głupiej komedii romantycznej. Tyle, że ta scena nie wyglądałaby jak w mugolskim filmie, to skończyłoby się raczej dramatem, w którym po raz kolejny miałabym złamane serce, a Ślizgon mógłby się szczycić, że zyskał kolejną zakochaną fankę. Na szczęście do tego nie doszło i nigdy nie dojdzie.
 Spojrzałam na nich po raz ostatni i bez pośpiechu oddaliłam się w stronę Wielkiej Sali. Prawda była taka, że do wczorajszego wieczoru Scorpius Malfoy nie był dla mnie nikim więcej, niż zwykłym znajomym. To tylko i wyłącznie moja wina, że chwilowe uniesienie spowodowało we mnie zauroczenie. Tak, to było jedynie zauroczenie-pomyślałam. Nic więcej i niech tak zostanie. Był Ślizgonem, który prawdopodobnie miał swoją mroczną stronę. Ja rozmawiałam z nim tylko kilkanaście razy w życiu i właściwie nic o nim nie widziałam. Najlepiej będzie jak ograniczę z nim kontakt- powiedziałam sobie w duchu. I najlepiej będzie jak nie będę już o nim myślała.

*         

W Wielkiej Sali siedzieli już wszyscy moi znajomi. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w ich stronę. Postanowiłam wymazać wczorajszy wieczór  z pamięci i nikomu o tym nie wspominać. Usiadłam obok Davida i z uśmiechem wysłuchałam podziękowań dziewczyn za prezenty. Rose była zachwycona swoim kompletem kosmetyków do włosów i Cornie zajęło chwilę za nim udało jej się przebić i podziękować za zestaw nożyczek i innych przyborów do przerabiania i projektowania ubrań.
-Na Merlina, błagam o zmianę tematu…- mruknął Leo- Czy ja i David wyglądamy jak dziewczyny kochające rozmawiać o kosmetykach i ciuchach?
-Teraz wiesz jak się czuję, gdy wiecznie gadasz o quidditchu…- mruknęła Rose przewracając oczami.
-Rose, quidditch to zupełnie co innego i….- chłopak wbił wzrok w dziewczynę, która zrobiła naburmuszoną minę.
-Uspokójcie się!- przerwał im David- Czy wy potraficie ze sobą rozmawiać jak dorośli? Jak dobrze, że zaczynają się święta i trochę od siebie odpoczniecie.
-Nie denerwuj się!- zaśmiał się Leo-my tylko się ze sobą droczymy.-puścił oczko rudej, która lada moment przestała się burzyć.
-No i jak już to sobie wyjaśniliśmy to możemy wrócić do rozmowy o kosmetykach i ciuchach.- zaświergotała Rose wystawiając język w stronę chłopaka.
-Zabijcie mnie…- mruknął Leo z rezygnacją opierając głowę o stół.

*         

Pociąg powoli nabierał prędkości, a Hogwart stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu zniknął za jakimś pagórkiem. Leniwie przeniosłam wzrok na moich przyjaciół, którzy byli zajęci omawianem wczorajszego balu. Leo przedrzeźniał Rosie, że przez cały tydzień męczyła go, że ma ochotę potańczyć i jeśli okaże się, że chłopak będzie jedynie siedział przy stole to własnoręcznie go zabije, a później sama pójdzie tańczyć, a jak przyszlo co do czego to odpadła jako pierwsza. Rose skomentowała to jedynie, że gdyby co chwilę potajemnie wychodziła  na szklaneczkę ognistej whisky, to też miałaby tyle energii. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale chlopak wszedł jej w słowo i zaczęli się sprzeczać o jakieś głupoty.
-Ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, że się nie pozabijaliście.- zaśmiała się Cornie przyglądając się tej dwójce.
-Rose czy tylko ja odnoszę wrażenie, że w tym przedziale nikt nas nie docenia?- zapytał Leo spoglądając na rudą.
-Masz rację, oni zdecydowanie nas nie doceniają… Zupełnie nie rozumiem czemu mają o nas aż tak złe zdanie.- pokiwała głową przybierając poważną minę.
-Wychodzę do łazienki.- mruknęłam nie mając ochoty dłużej słuchać o wczorajszym wieczorze i wyszłam na korytarz. W pośpiechu wytarłam wilgotne oczy i ruszyłam w stronę łazienek. Nagle rozsunęły się drzwi jednego z przedziału i wyszedł z niego nie kto inny jak Scorpius Malfoy. Spuściłam głowę i minęłam go w milczeniu.
-Natalie.- wypowiedział moje imię, a ja mimo danych sobie wcześniej obietnic obróciłam się w jego stronę.- Szukałem Cię wczoraj, ale nigdzie nie mogłem Cię znaleźć.
-Źle się poczułam i wyszłam wcześniej.-odpowiedziałam wkładając ręce do kieszeni w bluzie.
-Zamieniłem parę zdań z Nottem, a później nigdzie nie mogłem Cię znaleźć. Chciałem porozmawiać z Tobą o zajściu na balu.-powiedział łagodnie, a ja automatycznie zacisnęłam schowane dłonie.
Uśmiechnęłam się blado, a w głowie ponownie miałam obraz Scorpiusa chowającego się przed Romildą. Wiedziałam co ma mi do powiedzenia i za żadne skarby nie chciałam mu na to pozwolić. Tylko co mogłam zrobić? Jedynie co przyszło mi do głowy, to powiedzieć to jako pierwsza. Może w taki sposób zachowam chociaż resztki godności.
-Hmmm, tylko czy jest o czym rozmawiać?- wzruszyłam ramionami przybierając obojętny wyraz twarzy- Poniosła nasz chwila i się pocałowaliśmy, to tyle. Nie musimy tego roztrząsać, to nic nie znaczyło.- wyrzuciłam z siebie i zacisnęłam usta. Chłopak wyglądał na zaskoczonego i chyba  nie wiedział co ma powiedzieć. Prawdopodobnie nie spodziewał się, że załatwienie tej sprawy pójdzie mu tak szybko.
-Fakt, to nic nie znaczyło.- odpowiedział po chwili- Ty w dalszym ciągu kochasz Pottera.- wyrzucił z siebie, a jego mina nie wyraża żadnych emocji.
-A ty w dalszym ciągu masz Blair i milion innych dziewczyn.
-Wychodzi na to, że każdy jest szczęśliwy. Wesołych świąt.- powiedział po czym ponownie zniknął w swoim przedziale.
Stałam tak jeszcze przez chwilę nie mogąc się ruszyć. Powinnam być zadowolona, udało mi się tak pokierować rozmową, że ostatecznie to ja powiedziałam to o czym myślał chłopak.  Jednak nie umiałam się tym cieszyć i musiałam włożyć wiele wysiłku w to, aby się nie rozpłakać. Marzyłam już jedynie o tym, aby znaleźć się we własnym łóżku w Londynie.


*         

Wybiegłam z pociągu rozglądając się po peronie. Po chwili dostrzegłam mojego tatę, który dosłownie rozpromienił się na mój widok. Pobiegłam w jego stronę wpadając w jego otwarte ramiona.
-Jak dobrze Cię widzieć księżniczko- powiedział w dalszym ciągu trzymając mnie w objęciach. W jednej chwili poczułam się dobrze, a zarazem beznadziejnie. Wszystkie myśli, uczucia do Scorpiusa i Jamesa zaczęły wirować mi naraz w głowie. Tak jakbym od dłuższego czasu tłumiła wszystko w sobie, a w ramionach taty doszczętnie się rozpadła.
-Tęskniłam za Tobą tatusiu.- odpowiedziałam po chwili ledwo hamując napływające łzy.
-Dobrze się czujesz?- zapytał przyglądając mi się z troską. Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się nie chcąc go martwić.
-Już tak.
-Co ty na to abyśmy poszli na wielki pucharek lodów?- zapytał- Co prawda mama upiekła jakąś pieczeń, ale przez parę najbliższych godzin mamy spokój, pojechała po jakieś nowoczesne zioła do Brazylii.
-Namawiasz mnie do tego, abym naraziła się mamie już w pierwszy dzień?
-Wszystko biorę na siebie- puścił mi oczko i chwycił kufer- O Merlinie! Pół Hogwartu w niego wpakowałaś, że jest taki ciężki?- jęknął i zrobił śmieszną minę próbując mnie rozbawić.
-Naprawdę tęskniłam.- powiedziałam.
-Ja też księżniczko, nawet nie wiesz jak bardzo.- odpowiedział całując mnie w czoło.
Przeszliśmy przez ścianę i znaleźliśmy się na zwyczajnym, londyńskim dworcu.
Weszliśmy do jednej z wielu kawiarenek mieszczących się przy dworcu i zamówiliśmy lody z owocami i bitą śmietaną.
Opowiedział mi wszystkie ciekawostki związane z apteką i z uśmiechem wysłuchał moich opowieści o szkole.
-Powiesz mi teraz co Cię tak dręczy?- zapytał po chwili- Widzę przecież, że jesteś obecna ze mną tylko ciałem.
-Nic ważnego…- mruknęłam wygrzebując łyżeczką ostatnie, roztopione już kropelki lodów.
-Okej, okej… jak nie chcesz mi mówić, to trudno. Ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.- uśmiechnął się i dodał, abym odstawiła już ten pucharek, bo zaraz zrobię nim dziurę.
-Kupiłeś już prezent dla mamy?- zmieniłam temat.
-A co do tego…- podrapał się po głowie- możemy zrobić tak jak zawsze?- zaśmiałam się i pokiwałam głową. Co roku dawał mi pieniądze, a ja kupowałam prezent za niego. To była najlepsza metoda, aby uchronić mamę od dostania ściereczek do czyszczenia różdżki czy innych równie romantycznych przedmiotów.
-Zapomniałem, że muszę wpaść jeszcze do apteki.-mruknął zerkając na zegarek-Mama prosiła mnie o wypełnienie jakiś papierów. Dasz sobie radę?- zapytał i wyręczył kelnerce mugolskie pieniądze z doliczonym napiwkiem.
-Pewnie.- uśmiechnęłam się i wstałam od stolika.
-Przetransportuje twój kufer do domu i zobaczymy się później.
Wyszliśmy z kawiarni i już miałam ruszyć w stronę wejścia na ulicę pokątną, gdy do głowy wpadł mi pewien pomysł..
-Tato...- zaczęłam- masz przy sobie więcej mugolskich pieniędzy?- wydęłam usta i zamrugałam oczami. Była to ta mina, której mój tata nie był w stanie niczego odmówić.


Przeszłam dwie uliczki zerkając na wystawy wszystkich sklepów, restauracji, kwiaciarni, a nawet salonów stomatologicznych. Po chwili znalazłam to czego szukałam i pociągnęłam za klamkę. Weszłam do wielkiego pomieszczenia, w którym pachniało lawendą. Z każdej strony otaczały mnie lustra, a miła pani z recepcji pokazała mi gdzie mogę odwiesić swój płaszcz. Zapytała czy byłam wcześniej umówiona. Pokręciłam przecząco głową, na co odpowiedziała, że to nic i chyba Hulijo jest wolny. Przeszła przez półokrągłe drzwi, a po chwili wróciła z przystojnym chłopakiem około trzydziestki. Był latynosem o dość charakterystycznym sposobie poruszania się.
-Jakie piękne włosy! I jaki kolor! Naturalny, prawda?- zapytał i wziął jeden z kosmyków w swoje dłonie- Chodź na mną.- uśmiechnął się i pociągnął mnie w stronę swojego stoiska. Usiadłam na wygodnym fotelu na przeciw lustra i poczekałam, aż Hulijo założy na mnie ochronną folię.
-Co robimy aniołku?- zapytał wyciągając z szafki komplet nożyczek i szczotek.
-Myślałam o zmianie koloru. Nie chcę być już dłużej blondyną...- westchnęłam. Hulijo spojrzał na mnie zaskoczony, a po chwili z politowaniem skinął głową.
-Aria, złociutka, mogłabyś nam zrobić po karmelowej latte.- powiedział do swojej asystentki i usiadł obok mnie na fryzjerskim stołku.
-Codziennie odwiedza mnie tutaj kilkanaście dziewcząt i potrafię już rozróżnić co skłoniło je do zmiany fryzury. Niektóre robią to pod wpływem zmiany pracy, inne próbują się odmłodzić, a jeszcze inne, takie których jest najwięcej, próbują o czymś zapomnieć.- powiedział spokojnym głosem- I ty też robisz to pod wpływem chwili, pod wpływem złości. Nie pozwolę zniszczyć Ci tak pięknego blondu przez jakiegoś ostatniego kretyna.- uśmiechnął się i podał mi kawę przyniesioną przez jego asystentkę.
-Skąd wiesz, że chodzi o jakiegoś kretyna?- zapytałam zerkając na młodego mężczyznę. Momentalnie poczułam, że go polubiłam.
-Bo to zawsze chodzi o jakiegoś kretyna.- machnął ręką jakby mówił o najoczywistszej sprawie na świecie- Sam przez większość życia wzdychałem do kogoś kto nie był tego wart. Dopiero ostatnio poznałem niesamowitego chłopaka.- uśmiechnął się na samą myśl o nim.- A teraz wracając do Twoich włosów...- zawiesił się na chwilę- Myślałaś kiedyś o ścięciu ich na krótko?- zapytał z błyskiem w oczach.
Powiedziałam, że zdaję się na niego i może zrobić z moimi włosami na co tylko ma ochotę. Machał nożyczkami jakby nigdy nie robił nic innego, na podłodze było coraz więcej moich włosów, a ja czułam się coraz lepiej. Nie wiedziałam czy to pod wpływem zmiany fryzury, czy Hulija, któremu opowiedziałam całą moją historię. Przynajmniej prawie całą, oczywiście pominęłam fragmenty, że jestem czarownicą i uczę się w Hogwarcie. Opowiedziałam o Jamesie i Scorpiusie, wyznałam wszystkie moje uczucia i z każdym wypowiadanym zdaniem czułam się coraz lepiej. Cały mój ciężar schodził ze mnie, a latynos kiwał głową na znak, że rozumie co mam na myśli.
-...A teraz czuję się jak skończona idiotka i nie wiem co mam robić.- zakończyłam swój monolog dopijając resztkę kawy.
-Z twojej historii wynika, że i jeden i drugi jest totalnie ślepy. Nie wierzę, że nie zabijają się o Ciebie.- zaśmiałam się na słowa Hulija- I wiesz co myślę? Powinnaś odpuścić sobie ich obojga i myśleć tylko o sobie. Żaden z nich nie jest Ciebie wart. A teraz spójrz na nową Natalie!- uśmiechnął się, a ja spojrzałam na swoje odbicie. Nie było śladu po moich długich włosach, teraz nie dotykały one nawet ramion. Wyglądały świeżo, a moja buzia nabrała zupełnie innego wyrazu. Wyglądałam dojrzalej, miałam wrażenie, że osoba, którą widzę w lustrze jest pewniejsza siebie i o wiele odważniejsza. Z zachwytem dotknęłam swoich włosów, które układały się jakbym miała zaraz wyjść na wybieg, albo mieć sesję do „Modnej czarownicy”.
Podziękowałam Hulijowi i zwolniłam miejsce, bo czekała na niego już następna klientka. Podałam mu pieniądze i miałam się już oddalić, ale nie mogąc się powstrzymać pomownie odwróciłam się w jego stronę. Mężczyna przytulił mnie jak młodszą siostrę i zapewniając, że wszystko się ułoży odprowadził mnie do drzwi.
-Jak coś aniołku to zawsze możesz do mnie wpaść pogadać!- krzyknął za mną, gdy byłam już na ulicy. W zdecydowanie lepszym humorze ruszyłam w stronę przejścia na ulicę pokątną w celu znalezienia idealnego prezentu dla mamy.